Bez kategorii

…Szkolny festyn w Turzu…

Wróciłam do domu. Dopiero wysiadając z WKD w Komorowie poczułam jak bolą mnie mięśnie nóg. I zielonego pojęcia nie mam od czego! To był tylko festyn i nic takiego nie robiłam by się przetrenować. A może?…

W niedzielę rano zaczęłam się ogarniać do wyjścia. Poinstruowałam jeszcze Tanka co do paczek z AVON, które miał przekazać rodzicom, by w poniedziałek przekazali adresatkom. No i już mnie nie było. Zapakowana w plecak i reklamówkę ruszyłam w stronę stolicy. Na kolejkę szło mi się dość marnie. Nie to, że wczesna godzina to jeszcze niedziela, co wykluczało dzwonienie do kogokolwiek by nadać swojemu marszowi jakieś tempo. Na muzykę wydawało mi się za wcześnie, poza tym nie chciałam od razu rozładować telefonu, który miał być moim aparatem na festynie. Wyglądałam więc przez okno patrząc na często mijany krajobraz nie myśląc o niczym. Dopiero w stolicy poczułam jak się denerwuję tym wyjazdem. Czekając na przystanku na autobus bałam się, że przegapię swój kurs. Stałam, marzłam (bo mądre dziecko jechało w cienkiej bluzie i nie zabrało nic innego ze sobą) i czekałam. Minuty wlokły się jedna po drugiej, a mojego środka lokomocji jak nie było tak nie było. W pewnej chwili minął mnie jeden wysoki autobus, ale bez oznaczenia. Trochę się wystraszyłam, czy to aby nie był mój. Za mocno się skupiłam na bocznym napisie, który widnieje na tej właśnie linii by spojrzeć na informacje na przedniej szybie. Ciśnienie mi skoczyło, zwłaszcza gdy spojrzałam na zegarek. Postanowiłam jednak się nie denerwować na zapas, miałam jeszcze niby trochę czasu do godziny wyznaczonej przez Dużą Mi. Jaka była moja ulga, gdy zaraz nadjechał właściwy autobus! Za bilet zapłaciłam, siadłam gdzie mi kazano (przyjaciółka stwierdziła, że tak łatwiej będzie mną nawigować w podróży) i ruszyłam przed siebie.

Na drogę zabrałam sobie coś do czytania, jakąś krzyżówkę by mi się nie nudziło i słuchawki. Z czego przydało mi się tylko to ostatnie i to w obie strony… Za pierwszym razem wolałam wiedzieć, co mijam by móc w razie czego powiedzieć przyjaciółce, gdzie jestem. Poza tym miałam trochę więcej czasu by móc spokojnie sobie pomyśleć. Podziwiałam sobie widoczki za oknem. I powiem Wam, że te niecałe dwie godziny minęły mi bardzo szybko. Nawet nie zauważyłam kiedy moja podróż zbliżała się ku końcowi. W międzyczasie tylko porozmawiałam sobie z Eli, bo musiała mi opowiedzieć o swojej przygodzie piwnej z Beatą. One to mają pomysły… Strach się bać! Dobrze jednak, że moja przyjaciółka jest odpowiedzialna i uważa na siebie a nie szaleje na całego… Bo nie wiadomo jakby się to skończyło dla nich obu… Słysząc jednak pomruki z tylnego siedzenia skończyłam dyskusję. Po co mam denerwować innych, skoro miałam jeszcze kawałek jazdy? Lepiej nie ryzykować…

Na moim przystanku czekała już na mnie Duża Mi i Lu. Widząc młodą musiałam schować głębiej jej prezent urodzinowy, który jakoś w autobusie zaczął opuszczać moją torbę. Nie chciałam by za wcześnie dowiedziała się o moim tobołku. Zajechałyśmy do nich do domu, gdzie… na podwórku był konik! Dziecko szczęścia, bo zobaczyło konika. Przywitałam się z ‚babcią’ i ‚dziadkiem’, zostawiłam swoje rzeczy w pokoju i złożyłyśmy spóźnione życzenia młodej. Prezent,co ciekawe odpakowała jej mama, która nie mogła wytrzymać napięcia. Lu w tym czasie bardziej była skupiona na obserwowaniu braciszka, co uznałam za lekkie zawstydzenie, więc wycofałam się szybko z jej pokoju. A oto, co dostała:

poduszka kotaZdjęcie przedstawia tylko główną atrakcję, ale miała też dodatek. Poza tym to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo! Ponadto byłam zaskoczona, gdy Duża Mi powiedziała mi o tym, że ponoć śniło jej się, że z nieba spadła jej pościel z Kotem. Jak? Skąd? I to całkiem dokładnie opisała to, co miała dostać od nas w prezencie. A tak się pilnowałam by na blogu nie chlapnąć, co dla niej mamy! Jak to się stało? Niezależnie od tego skąd to wzięła najważniejsze jest by prezent jej się podobał. Lu mnie już znała z wcześniejszych wypadów w stolicy, za to rodzice Dużej Mi byli mnie chyba bardzo ciekawi, bo jak siedziałyśmy w pokoju to chętnie do nas zaglądali i zagadywali. To sprawiło, że poczułam się znacznie pewniej, w pełni mnie to odstresowało i mogłam być sobą. Szykowałam się na festyn!

Zanim pojechałyśmy do szkoły najpierw miałyśmy wpaść do starszej siostry Dużej Mi – Beaty (to imię zaczyna mnie otaczać!), by pomóc jej w razie potrzeby. Jeszcze przed bramą wjazdową czekała na nas grupa powitalna – Mateusz i Marlenka, młodsze pociechy Beaty. W głębi podwórka wpadłyśmy jeszcze na Adriana, najstarszego z całej trójki. On wydawał mi się najbardziej odważny. Dopiero później przyjaciółka mi powiedziała, że zwykle to on trzyma się na uboczu jako ten wstydliwy. Kiedy przyjechałam jako ktoś nowy spodziewałam się, że będą mnie unikać, obserwować z daleka, ale on nie chował się po kątach tylko krążył w pobliżu udając, że zajmuje się czymś innym. Pozostała dwójka pozostała przed bramą, schowana za krzakiem. Ok… I jak tu się dziwić moim odczuciom jak tak się zaprezentowali? W domu nareszcie poznałam siostrę przyjaciółki, z którą tak dobrze mi się załatwiało różne sprawy ostatnimi czasy oraz jej męża. Zdążyłyśmy sobie jeszcze spokojnie posiedzieć zanim zostałyśmy poproszone o przybycie do szkoły.

Daleko mieliśmy nie ma co… Prawie tak daleko jak ja mam do domu zarządcy cmentarza. Ze 3 do 5 minut w zależności jak szybko się maszeruje. Na miejscu już zaczynało się coś dziać. Ludzie powoli się schodzili z dziećmi. Organizatorki uwijały się przy stoiskach ustawiając jedzenie i fanty do sprzedaży. Początkowo czułam się tam całkiem obco i nie umiałam się odnaleźć. Ciągle tylko szukałam znanych już sobie twarzy dzieciaków, pilnując czy wszystkie są w zasięgu mojego wzroku. Znowu uruchomił mi się instynkt psa pasterskiego… Ponadto łaziłam krok w krok za przyjaciółką rozglądając się niepewnie. Musiałam głupio wyglądać dla tubylców, ale nie przejmowałam się. W końcu nikt mnie tam nie zna i mogłam sobie robić wstyd, co mi tam.

Impreza zaczęła się częścią artystyczną, gdzie każda klasa przygotowała jakiś krótki program. Kiedy dochodziliśmy do klasy 4 miałam już dosyć stania… Do tego słońce świeciło mi po oczach by za chwilę zniknąć za chmurami ustępując lodowatemu wiatrowi, a potem znowu wychodziło. I tak w kółko… Nie narzekałam jednak. Póki nie padało ja byłam szczęśliwa. Po części artystycznej przystąpiliśmy, ku mojej radości, do tej luźniejszej formy rozrywki – właściwego festynu! Ludzie rzucili się w pierwszej kolejności na jedzenie z grilla, które szykowane było na dwa fronty. Byłam mocno zdziwiona, że tak się rzucili na to jedzenie, zupełnie jakby nie jedli od tygodnia… Chociaż, jeśli jedli tego dnia obiad tak jak u Dużej Mi w domu to się nie dziwię, że mogli do festynu już zgłodnieć. Stoisko z jedzeniem i piciem ruszyło pełną parą. Tymczasem na boisku miał się odbyć mecz piłki nożnej – synowie kontra ojcowie. Trochę rodzice nie dopisali, ale od czego był wikary! Przebrał się szybciutko z sutanny w strój sportowy i już biegał po boisku z resztą chłopaków. Niestety mimo początkowej przewagi młodzi przegrali jednym punktem. A działo się na boisku! Śledziłam wzrokiem to co działo się na murawie żałując, że nie mogę dołączyć. Później mecz w zbijaka – córki kontra matki. I znowu problem z mamami. Wyciągnęło się ich kilka na siłę z zebranych i już piłka w powietrzu. Tym razem młodsze pokolenie wygrało. My w tym czasie rozłożyłyśmy się ze sprzętem do robienia fryzur. Trochę słabo się na to przygotowałyśmy… Bynajmniej nie narzekałam. Ja zostałam uczesana, a do tego udało mi się zachachmęcić wstążkę z innej zabawy, którą to ozdobę zawiązałam sobie na warkoczyku. Taaa… Powiewała jakoś metr za mną kiedy wiał wiatr. Chyba dzięki jaskrawemu kolorowi i niecodziennej ozdobie wszyscy mnie widzieli, łącznie ze strażakami.

Właśnie, byli strażacy! Szkoda tylko, że żaden nie był jakoś specjalnie przystojny… A wierzcie mi, że się przyglądałam wszystkim. I miałam ku temu niejednokrotnie okazję, kiedy biegałam i spacerowałam po całym terenie szkoły. Poza tym nawet jak jakiś byłby fajny trudno byłoby mi go podrywać… Po pierwsze ubrałam swobodnie i sportowo, w końcu przyjechałam na zabawę z dziećmi a nie na podryw. No a po drugie… Ponad połowa dzieciaków ze szkoły była mojego wzrostu lub (jak Adrian) była ode mnie wyższa, więc musiałabym biegać tam z dowodem osobistym przyklejonym na czole by wiedzieli, że nie jestem nieletnia. Dla potwierdzenia wrzucę Wam jedno zdjęcie, a co:

Festyn w Turze 1 czerwca 2014 (23)Niby Duża Mi upiera się, że wyglądam na niższą tylko z powodu ukształtowania terenu, ale ja w to średnio wierzę. Nawet jeśli ma rację, to Adrianowi nie wiele do mnie brakuje, a on dopiero zaczyna rosnąć! Taaa… A ja skończyłam i mogę już tylko maleć. Ale wiecie co? Nie przejmuję się tym, bo małe jest piękne! Poza tym wszędzie udaje mi się dostać.

A co tak poza tym robiłam na festynie z Dużą Mi? Siedziałyśmy trochę na stoisku, ale z braku lepszej reklamy udało nam się mieć całych trzech klientów, z czego ja i Marlenka byłyśmy dwoma pierwszymi. Strażacy w trakcie naszej zabawy urządzili pokaz lania wodą pod ciśnieniem. Drzewa na które skierowali strumień zrobiły się aż białe. Woda skraplająca się z boku wyglądała zupełnie jak padający śnieg, a jak skończyli to jeszcze dobre 10 minut patrząc na drzewa miało się wrażenie, że pada deszcz. Po tym przyszła kolej na naszą zabawę zorganizowaną. Miałyśmy prowadzić na forum zabawę w ozdabianie mam, taka mała projektantka. Na początku nie było chętnych, ale kiedy pani dyrektor zabrała się za szukanie chętnych udało się zebrać pięć par – córek z matkami. W ruch poszły szale, chusty, bibuły i wstążki. Mieliśmy wszyscy świetną zabawę, nawet na koniec zabawy pojawiły się pochwały pod adresem tej aktywności.

Festyn w Turze 1 czerwca 2014 (31)I wtedy, kiedy jako takie zabawy się skończyły ja znalazłam sobie nową. Otóż robiłyśmy sobie zdjęcia z dzieciakami, ale Mateusz za żadne skarby nie chciał sobie zrobić nawet jednego! Chciałyśmy go wtedy złapać i lekko przymusić do zdjęcia, ale nam nawiał. Robiłyśmy więc nagonkę na niego otaczając go z dwóch stron. Niestety po chwili Duża Mi odmówiła współpracy, zapewne zmęczona bieganiem za urwisem. Ja się jednak nie poddałam! Ścigałam go po całym placu, boisku a nawet placu zabaw! Kilka razu udało mi się go nawet złapać, ale szybko mi się wymykał i zaczynało się od początku. Kiedy przysiadałam by odpocząć widziałam jak krąży w pobliżu z tym swoim uroczym uśmiechem i sprawdza czy nie kontynuuję pościgu. Kiedy byliśmy na placu zabaw stwierdziłam, że nie mam już siły i siadłam sobie na ławeczce. Dołączyła do mnie Duża Mi i Adrian, którzy przyglądali się całej zabawie. Patrzyłam jak Mateusz krąży w pobliżu i czekałam aż straci czujność. W końcu się doczekałam. Nie widząc zainteresowania z mojej strony powoli odchodził z kolegą w stronę boiska. Musiałam wykorzystać taką okazję. Doleciałam do niego i… w ostatniej chwili mi uskoczył w bok! Skubany zwrotny jest jak nie wiem! Ja w ostatniej chwili się zatrzymałam, tuż przed strażakami, którzy siedzieli sobie na ławeczce. Przyjaciółka stwierdziła, że dobrze się stało, bo gdybym złapałam młodego to pewnie byśmy oboje runęli na ławkę i strażaków.

Festyn w Turze 1 czerwca 2014 (35)Na zdjęciu Duża Mi z Małą Mi! Chwilę przed tym jak ruszyłam za Mateuszem… Kiedy zaczęło robić się późno i przestałam się uganiać za małolatem (doskonale wiem jak to brzmi), a plac opustoszał trochę z rodziców i ich pociech zaczęła się moja główna atrakcja. Siedząc sobie na krzesłach przy samych głośnikach tańczyłam i śpiewałam akurat puszczane hity. Po chwili dołączyła do mnie Marlenka, która powoli oswajała się z moją osobą. W tamtej chwili zaczęła bawić się ze mną na całego, a przyjaciółka zabrała się za uwiecznianie tej pięknej chwili. Dopiero później dowiedziałam się, że wiele nauczycielek przyglądało się tym moim pląsom z zainteresowaniem. Niby wiedziałam, że robię z siebie dziwaka, ale nie sądziłam, że aż tyle osób będzie zwracało na mnie uwagę! Sama też zrobiłam kilka zdjęć, choć tego dnia nie były one dla mnie tak ważne jak zwykle to się dzieje. Skupiłam się na zabawie w towarzystwie świetnych ludzi.

Festyn w Turze 1 czerwca 2014 (47)

Jak wyglądał wieczór tego dnia? Cóż… Najpierw pomogłyśmy się Beacie i jej dzieciom zawinąć ze wszystkim do domu. Śmiałam się nawet, że Mateusza puścili z torbami, bo wracał obładowany dwiema reklamówkami. Jego brat jak to usłyszał to dostał takiego ataku śmiechu, że aż przykucnął w miejscu. Nie sądziłam, że ten dowcip może kogoś tak rozbawić, a tu proszę bardzo! Później jeszcze wróciłyśmy same do szkoły by zabrać z Beatą jakieś kostki brukowe. Wiecie, że jak weźmiecie taką jedną i zaczniecie ją wyrzucać w zamkniętych szczelnie dłoniach do przodu, to Wasze ciało podąży za nią nabierając tempa? Taaa…. W taki sposób właśnie wracałyśmy, no przynajmniej ja. Miny kierowców i policji na ten widok – bezcenne. Zawinęłyśmy się do domu około 20, dopiero! W domu czekała już na nas kolacja (znowu jedzenie…), do której obejrzałyśmy sobie Komisarza Alexa i Królestwo Kryształowej Czaszki. Kiedy poszłam się myć mało zawału nie dostałam! Koło drzwi do łazienki brat Dużej Mi powiesił swoje koszule, o których nie wiedziałam wcześniej. Kiedy zapaliłam światło w ciemności to aż mi serce stanęło. Myślałam, że jest tam jakaś postać! Dopiero po chwili do mnie dotarło, że to tylko ubrania… Żeby mnie tak straszyć… Dobrze, że udało mi się nie krzyczeć, bo dopiero bym postawiła wszystkich na nogi. Przygody przed samym snem – bezcenne.

Trochę żałowałam, że Mateusz nie dał się namówić na choć jedno zdjęcie i tego, że nie było z nami Lu. Nie mniej cieszyłam się z tego co miałam. Spędziłam świetne dwa dni i żal było mi wracać do domu i obowiązków. Nie mniej ten moment i tak by nastał. Liczę jednak, że zdarzy się w najbliższym czasie okazja by znowu wspólnie się pobawić, może nawet w większym gronie? Chyba się rozhulałam w czasie tej zabawy… Oj ciężko będzie mnie teraz okiełznać.

Tego co działo się w poniedziałek w Turzu (nawet nie wiem jak powinnam odmieniać nazwę miejscowości…) opisywać nie będę, bo wstyd jak stąd do Księżyca. W każdym razie wraz z przyjaciółką wyżyłam się artystycznie tworząc kolaż ‚łąka’ dla chłopaków do szkoły. Byłam też przytulana wbrew woli, tego się woli nie pamiętać… Nie mniej, podobno do mnie pierwszej Marek się tak tulił. Chyba jednak wolę tego nie powtarzać. Brrr…

Bym zapomniała! Są już zdjęcia z festynu, które robił jakiś fotograf. Można je sobie obejrzeć TUTAJ. Jak widzieliście ja też wrzuciłam kilka, bo nie mogłam się wprost oprzeć! Teraz tylko męczę Dużą Mi by mi pomagała szukać piosenki z festynu, której 2 sekundy nagrania udało nam się zarejestrować… Poza tym sama siedzę i słucham tylko tych piosenek, które w tamtym czasie mnie kupiły. To co mam na telefonie już mi nie wystarcza, znudziło mi się. Chyba znowu będę ściągać nowości. Szczególnie polecam coś, na czego punkcie odwala mi całkowicie:

Czadoman – ‚Chodź na kolana’

Festyn w Turze 1 czerwca 2014 (37)Ayer na festynie z wozem strażackim w tle 🙂
fot. Duża Mi

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s