Bez kategorii

…Dreszczyk we śnie i biedna Torcia…

Od kilku dni budzę się kilka razy w nocy po czym znowu idę spać. Dziś też tak było i za każdym razem zanim się obudziłam miałam jakiś sen. Wcześniejszych nie pamiętam dokładnie, ale ostatni był z tego wszystkiego tak dobry, że został mi w pamięci od razu. A było to tak:

Stolica Polski. Najpierw jakieś bieganie po starym domu za złotym duchem. Tajne wejście w ścianie do ruchomych schodów. Na ich szczycie okazuje się, że mój organizm wymaga specjalnych leków po wysiłku inaczej mogę mieć poważne problemy. Potem ni stąd ni zowąd jestem na dworze, gdzie trzech zalanych gości próbuje zrobić zegar, który widziałam na YouTube na kanale ‚5 sposobów na…’. Oczywiście jeden z nich miał dowieźć samochodem materiały a skończyło się na tym, że pielęgniarka wyciągała go pijanego z szoferki. I jakaś wielka gruba baba w różu, która chodziła za rzeczoną pielęgniarką i pytała kiedy wreszcie będzie jedzenie. Ja tymczasem tłumaczyła innemu moczymordzie w jakim celu razem z kumplami ukradli jakieś klawisze z klawiatury od komputera z cyframi. Ta próba ogarnięcia o czym mówię na jego twarzy – bezcenna. Nie mniej zrozumiał i stwierdził, że to faktycznie pożyteczne. Potem była ta właściwa część mojego snu, którą świetnie pamiętam.

Zakopane lub inne góry i wielki las. Wycieczka nieznanych mi ludzi, kilku członków rodziny i jakaś impreza. W czasie jej trwania okazuje się, że na ten adres, gdzie byliśmy a nie domowy jak to powinno być,  dostałam list od Ada. W środku były zgrabnie wypisane życzenia urodzinowe (moje są w kwietniu). Byłam w szoku, bo list trafił idealnie w dzień imprezy i na dobry adres. Zastanawiałam się jak to się stało, że miałam kopertę w ręku. Stwierdziłam, że życzenia to w dużej mierze zasługa jego żony Magdy, która jest moją szefową w Avon. Postanowiłam im odpisać. Kiedy już napisałam i przeczytałam swoje słowa okazało się, że zamiast Magda napisałam Ania. Skreśliłam pomyłkę i miałam potem napisać to drugi raz. Zajęłam się jednak oglądaniem jakiś zdjęć, a wśród nich dwa pokazywały wnętrze jakiegoś pałacu. Wydawało mi się dziwnie znajome i zapytałam mamy czy to nie salon u babci i cioci. Przytaknęła. Miałam wątpliwości, bo w świątecznych ozdobnych (Boże Narodzenie) prezentował się inaczej niż normalnie. Był też wielki biały kot imieniem Saba, który koniecznie chciał się bawić. Trochę jak pies. Najpierw położył mi głowę na kolanie i wpatrywał się swoimi oczami, a dopiero przy braku reakcji zaczął zaczepiać mnie jeszcze łapami. Tych wydarzeń jednak nie widziałam, a tylko słyszałam ze swoich ust kiedy we śnie opowiadałam to którejś cioci. Potem las, jakaś łąka i lekko spanikowani ludzie. Jeden z nich miał bransoletkę na rękę, która pomagała mu się lepiej skupić i zwiększała jego wiedzę. Na bezczelnego mu ją zabrałam. Przy okazji jakiś gość miał sprawdzić jakąś mapę czy coś. Z moją pomocą w dość dziwnej pozycji udało nam się ustalić, że nie zostajemy na miejscu tylko ruszamy przed siebie. Przy okazji zabrałam właścicielowi bransoletki jego miotacz laserowy. Oznajmiłam, że ten kto ze mną idzie nie zginie ani z mojej ręki ani nikogo innego. A przynajmniej będę go strzec od tego drugiego. Wszyscy ruszyli za mną. Jednak po chwili mój zaopatrzeniowiec stwierdził, że zabierze tylko kawę ze sobą i wraca po nią do obozu. Prosiłam by przy okazji z mojej walizki zabrał białe opakowanie z lekami po wysiłkowymi. Za chwilę do nas dołączył. A my szliśmy za jakimś gościem, który chyba nie do końca wiedział, gdzie się znajduje. Prowadził nas prosto. Usłyszałam szelest, zobaczyłam ruch. Wycelowałam z broni i czekałam w pogotowiu. A tu, na polankę przez dziwny żywopłot przybiegły kucyki (śmiała się, że prawdziwe kucyki pony, choć nie były kolorowe) i stadko dzikich świnek morskich. Każdy zapomniał o wyprawie, wszyscy zajęli się zwierzakami. Aż dojechał do nas wredny strażnik leśnych. Ubrany w brązowy mundur, czapkę i ciemne okulary. Zły był jak osa. Stwierdził, że ktoś strzelał z broni, a to zabronione. Miała to być właśnie moja broń. Sprawdził cały nasz arsenał (poza tym co miałam były jeszcze dwie strzelby). Doszedł wreszcie do mnie, gdzie ja stałam z obcasem na broni próbując ją jakoś zakryć przed nim. Spojrzał na mnie z wyższością.

– Pani to jakaś dziwna jest. Cały czas chodzić w długich dżinsach. Ponoć jest coś takiego jak krótkie spodenki.
– Po prostu mi Pan zazdrości. – moją odpowiedź zignorował, choć miałam wrażenie, że chętnie by mi przywalił.
– Jak to się zaczęło?
– Nie uwierzy Pan, w stolicy. Przyjechaliśmy tu niedawno i połowa ekipy została wymordowana (nie mam pojęcia skąd ta pewność, bo nic takiego wcześniej nie miało miejsca). Więc szliśmy sobie na spacer i trafiamy na Pana. Ale nam Pan nie pomoże tylko wymorduje większość z nas, bo jest Pan w zmowie z mordercą. Czytałam tą książkę (nie wiem jaką…). – zademonstrowałam mu swój złośliwy uśmiech i zerknęłam na innych. Uśmiechali się chociaż niemrawo. Strażnik uśmiechnął się jak nie jeden widziany w tv szaleniec, pochwycił moją broń i przy lekkim wybuchu i masie dymu zniknął. Nawet nie drgnęłam, zupełnie jakbym wiedziała, że tak się stanie. Patrzyłam tylko w las i uśmiech mi się powiększał. I wtedy się przebudziłam.

Czyż ostatnia część nie wydaje Wam się początkiem dobrego dreszczowca lub horroru? Gdyby elegancko połączyć ze sobą wszystkie urywki z dzisiejszej nocy, pozwolić mojej wyobraźni działać to byłoby świetne opowiadanie lub cała powieść. Aż się prosi bym do tego usiadła i zabrała się za pisanie. Co ciekawe to co mówił strażnik świetnie pamiętam. Pewnie dlatego, że rozmowa z nim miała miejsce tuż przed tym jak wstałam. Poza tym mocno mi zależało bym pamiętała ten sen, więc maszerując do łazienki powtarzałam sobie to, co mi się śniło. Tomash uważa, że to źle jeśli codziennie mam jakiś sen, a tym bardziej jeśli go pamiętam. Ponoć to znak, że z mózgiem jest coś nie tak. Zastanawiam się czy to prawda? Chociaż nie wydaje mi się by nocna praca mojego mózgu miała mi wyjść na złe. Chociaż… w poniedziałek miałam sen, który do teraz pamiętam. Płakałam w nim tak mocno, że odniosłam tam wrażenie, że naprawdę też mogę płakać. Zmusiła się do powrotu do rzeczywistości i okazało się, że faktycznie ryczałam przez sen. Całe policzki miałam we łzach. A tak naprawdę nie mam pojęcia, co było powodem takiego stanu rzeczy. Przecież… to był tylko sen. Nic strasznego, prawda?

***

Z dziennika Tory

W niedzielę wieczorem wróciłam do domu. Kiedy tylko rzuciłam w kąt swoje rzeczy i przebrałam się w coś innego mama poprosiła mnie bym poszła do psa i sprawdziła, gdzie jest, bo babcia jej nie widzi. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, ale poszłam. W kojcu okazało się, że suni nie ma w budzie. Dopiero po chwili dojrzałam, że siedzi zwinięta pod budą. Widać było tylko lekko merdający ogon wystający między budą a ziemią. Torcia leżała na ziemi z podwiniętymi pod siebie łapami i smutnym pyskiem. Dodatkowo zauważyłam, że bardzo ciężko oddycha. Nie chciała ode mnie nic do jedzenia, nie wyszła nawet o kawałek spod budy. Zawołałam ojca by zobaczył, co się dzieje. Wyciągnął sunię na siłę spod budy. Przejrzałam ją całą w poszukiwaniu kleszczy lub jakiś zmian skórnych. Nie znalazłam nic takiego.

Ojciec sięgnął po telefon i zaczął dzwonić do veta. Mój ulubiony lekarz stwierdził, że nie dojedzie, bo jest już po kolacji i piwie… Ładny mi dyżur. Do drugiego nie można było się dodzwonić. Sunia musiała zaczekać do dnia następnego…

Następnego dnia zadzwoniłam do Eli by zapytać o nową lecznicę z Pruszkowa. Podała mi wszystkie namiary. Oczywiście próbowałam wyszukać ich w internecie, ale nie udało mi się na zbyt wiele trafić. Za to udało mi się odnaleźć inną lecznicę z kompletnym wyposażeniem. I to znacznie bliżej mojego domu. Kiedy ojciec wrócił do domu, zapakowaliśmy sunię do auta i zawieźliśmy do OmegaVET. Tam panie doktor zbadały sunię, pobrały jej krew do badań, podały leki na gorączkę i prosiły przyjechać dnia następnego. Przez cały wieczór zachodziłam w głowę, co może dolegać mojej suni.

We wtorek pani doktor stwierdziła, że wyniki morfologii Tora ma świetne. Kamień spadł mi z serca. Najważniejsze było to, że to nie borelioza czy inne świństwo od kleszczowe. Okazało się jednak, że Torcia ma zapalenie gruczołu sutkowego. Pani doktor zaaplikowała suni leki na gorączkę, antybiotyk, wycisnęła trochę ropy i zrobiła małe nakłucie by lepiej ją usuwać. Kazała nam w domu okładać jej gruczoły gniecioną kapustą i wyciskać ropę. Sunia nie była zachwycona tym, co działo się przy niej. Nie mniej odczuła ulgę a gorączka zaczęła spadać, bo zaczęła jeść z wielkim apetytem. Poza tym nie siedziała już w jednym miejscu tylko spacerowała po podwórku. Nawet zaczęła szczekać, co wielce nas ucieszyło. To była oznaka tego, że wraca do zdrowia.

W środę u lekarek Tora dostała oficjalny zakaz lizania samej siebie. Żeby tego nie robiła dostała kołnierz. Tego się biedna Tora nie spodziewała. Wpadła w panikę, nie wiedziała co się dzieje. Do domu tym razem wracałam z nią pieszo. Chciałam by trochę się oswoiła z kołnierzem zanim zostanie sama na podwórku. W drodze do domu za wszelką cenę chciała zrzucić z siebie kołnierz, ale nie bardzo jej to wyszło. W domu doznała rozczarowania, bo okazało się, że nie może wejść do budy, właśnie przez kołnierz. Żeby sobie nie zrobiła krzywdy jej kojec został zamknięty a ona cały dzień chodzi luzem po podwórku. Nie mniej ciągle leży i patrzy ze smutkiem na wszystkich. Aza jeszcze jakiś czas temu sama chodziła w kołnierzu i kiedy zobaczyła Torę z podobnym oprzyrządowaniem zaczęła tak żałośnie jęczeć, że zdawało się, że płacze nad losem mojej suni. W końcu sama też to przeżyła.

Tora w kołnierzuW czwartek lekarka dała Torze nowy lek, który ma być jej podawany co drugi dzień. Nadal w domu bawimy się kapustą i butelką z ciepłą wodą by jakoś jej ulżyć. Zauważyłam również, że codziennie w lecznicy jest inna lekarka, ale wszystkie wiedzą co mają robić i wykonują te same czynności. Widać jest to zgrana ekipa, która wie co robi. Tego dnia do lecznicy poszliśmy z buta. Uważałam bowiem, że próba zapakowania jej do samochodu może ją tylko z tym kołnierzem mocniej zestresować. Tego akurat ma ostatnio w nadmiarze i dlatego nie chciałam jej dokładać. A teraz… znowu lecę zrobić jej okład, a popołudniu kolejna wizyta u veta. Teraz to już prosta droga przed nami. A kiedy sunia dojdzie do siebie pomyślimy o sterylizacji.

Tora w kołnierzu2

Reklamy

6 myśli w temacie “…Dreszczyk we śnie i biedna Torcia…”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s