Bez kategorii

…Zaniedbani bliscy…

Życie ciekawie się plecie ostatnio. Niby nic się specjalnego nie dzieje, a jednak odbiera mi resztki sił i chęci do działania. Jeszcze nie tak dawno myślałam, że będąc w obecnej sytuacji będę małym wulkanem energii, który będzie szukał aż znajdzie. A tymczasem, kiedy już jestem w tej chwili swojego życia to stoję. Nie ruszam do przodu, nawet nie mogę się przełamać by chociaż zacząć działać w swojej sprawie. I choć jest to dla mnie ważne, powinnam i tego potrzebuję to nic z tym nie robię. Nie mniej czuję przy sobie wsparcie Dużej Mi i KoChaSia, którzy starają się dodać mi siły. Wspierają, poprawiają moje błędy, radzą co robić. Mogę przy nich trochę odetchnąć, nie czuć takiego stresu jak normalnie bym czuła.

Za KoChaSiem tęsknię z dnia na dzień coraz bardziej. Powoli przywykłam do tego, że mam go stale przy sobie i często się widujemy. Ostatnio częściej mieszkam u niego z nim, niż w domu z rodziną. I dobrze mi z tym. Przestałam się już nawet stresować jeśli nie do końca moje zdrowie nadąża za mną i wtedy jestem z nim. Opiekuje się mną bardzo troskliwie, sprawdza czym mam wszystko czego potrzebuję. Ostatnio czuwał nade mną przez cały tydzień i bardzo się wykazał. Zarobił przez to kilka plusów u mojej rodziny. Najpierw biegał za mną z kroplami do oczu i okładami z rumianku, bo dostałam zapalenia gruczołu łzowego… Później kiedy nie mógł już czuwać osobiście przez dzielącą nad odległość robił to przez wiadomości lub video konferencje. Później znowu przeziębienie się do mnie przypałętało, więc ponownie trzeba było za mną chodzić i dbać bym się o siebie zatroszczyła. Ostatnio jednak od dłuższego czasu siedzę w domu, z dala od niego. Między innymi z powodu tego przeziębienia. Nie chciałam go niczym zarazić, więc stwierdziłam, że powinnam się od niego odizolować. Poza tym akurat w tym samym czasie miał mieć rozmowy o pracę i dostał zlecenie u jednego gościa, więc był zapracowany. A ja nie chciałam mu w żaden sposób przeszkadzać w obowiązkach. Jednak taka ‚samotność’ mi nie służy. Tęsknię za nim, chodzę jakaś taka rozbita po mieszkaniu. Nie mogę sobie znaleźć ani miejsca ani zajęcia. Niby mam masę rzeczy do zrobienia, a jednak za żadną z nich nie mogę się zabrać. Bo czegoś, kogoś mi brak. Robi się wokoło tak dziwnie cicho i jakoś nieswojo. Męczące jest takie siedzenie we własnym domu, jeśli jego nie ma.

Dużą Mi widziałam ostatnio przy okazji wyjazdu na uczelnię. Przyjaciółka miała odebrać swój dyplom magisterski, a przy okazji miała być obrona pracy tak Adriana jak i Elfika, na której chciałyśmy być by ich wspierać tak jak oni wpierali nas. Dopiero na miejscu okazało się, że żadnych obron tego dnia nie ma w planie uczelni. A już na pewno tego dnia na uczelni nie będzie naszego kochanego promotora, a bez niego o żadnej obronie jego studentów być nie może. I dobrze, że byłyśmy z Dużą Mi wcześniej u pana Jarka, bo inaczej biedny Adrian by tylko wydał pieniądze na dojazd do stolicy. Jednak dyplom przyjaciółce udało się bez większego problemu odebrać. Przy okazji musiała jeszcze wypełnić jedną ankietę, przy której obie mało nie padłyśmy ze śmiechu i to pod samym dziekanatem. Tego dnia miała jeszcze na późne popołudnie umówione spotkanie w stolicy z naszym wspólnym znajomym, więc myślałam, że razem sobie posiedzimy do tego czasu. Planowałyśmy zjedzenie czegoś wspólnie kiedy zadzwoniła do mnie kochana mamusia, która chyba zapomniała, że mówiłam jej o moim całodniowym pobycie w stolicy. Stwierdziła, że biorą się za grilla i będą z nim na mnie czekać, więc bym się zbierała do domu. I ze wspólnego obiadu z przyjaciółką nici. Potem się okazało, że jeszcze nasz znajomy odwołała spotkanie, więc i Duża Mi zawinęła się do domu. Dzień… Mimo spotkania z przyjaciółką, której teraz tak często nie widuję był stresujący. Wracając do domu byłam zła, że tak wiele rzeczy nam nie wyszło i zamiast posiedzieć chociaż we dwie to obie gdzieś gnałyśmy. Jakaś totalna pomyłka.

Jeśli chodzi o Eli to muszę się przyznać, że od powrotu z Rucianego nie rozmawiałam z nią jakoś szczególnie często. Wróciłyśmy i potem każda zajęła się sobą. Ona poszła do pracy, wróciła do koleżanek z kamienicy, a ja wróciłam do swojego małego świata z KoChaSiem na czele. Kilka razy do mnie zadzwoniła, wymieniła się ze mną krótkimi informacjami, zapytała o kilka rzeczy. Nawet kiedy miałam jej podrzucić zdjęcia to nie widziałyśmy się, bo akurat była w pracy. Znowu funkcjonujemy jak wcześniej i zastanawiam się czy to dobrze.

Crey na wieść o naszym wyjeździe do Rucianego była zła. W sumie słusznie. Było mi tylko przykro, że jak zawsze to mnie obarczono pełną odpowiedzialnością za wszystko. Nie wiedziałam jak przekonać przyjaciółkę z Łodzi o swoich racjach. W chwili kiedy dowiedziała się, gdzie pojechałyśmy poczuła się zdradzona, bo Eli obiecała, że latem przyjedziemy znowu do Arturówki. Ja już wtedy powiedziałam, że jak damy radę to możemy wpaść, ale nauczona doświadczeniem nie chciałam jej niczego obiecywać na pewno. Stwierdziłam, że jeśli pozwolą mi na to możliwości finansowe to zajrzę z Eli lub z KoChaSiem. I tak się złożyło, że na miejsce wojaży wakacyjnych Eli wybrała akurat mazury. Nie wiem czy zapomniała o tym co obiecała Crey, czy chciała zobaczyć coś nowego. Nie mniej podjęła taką a nie inną decyzję. Przyznaję się bez bicia, że sama o tym za wiele nie myślałam. Moją uwagę zwracały w tamtym czasie inne rzeczy i całość załatwiania wyjazdu zostawiłam na głowie Eli. W sumie ja mogłam wypoczywać wszędzie byle z przyjaciółką, tylko ona ma jakieś wyższe wymagania ode mnie. Uznałam więc, że lepiej będzie jeśli ona sama znajdzie dla nas jakieś miejsce, w końcu nie będzie mogła w razie czego narzekać i winą obarczać mnie. Dopiero po komentarzach Crey zorientowałam się, że coś jest nie tak. Przy okazji jakiegoś głupiego wpisu na fb stwierdziłam, że do niej napiszę. Chciałam by wiedziała, że mi przykro z powodu wakacji. Skutek odniosłam taki, że uznała się za kogoś gorszego od Eli, mniej ważną dla mnie osobą. Zabolało mnie to, bo wcale nie chciałam by tak to się wszystko potoczyło. Przyszło mi do głowy, że lepiej będzie do niej zadzwonić i się dogadać normalnie. Jednak ogarnęły mnie wątpliwości. Miałam wrażenie, że jeśli jej powiem, że z Eli wcale nie mam tak częstego kontaktu mimo tego, że nie daleko siebie mieszkamy to mi nie uwierzy. Chyba też bałam się tego, co mogę od niej usłyszeć i czy nie okaże się to prawdą. Zadzwoniłam po radę do osoby moim zdaniem ogarniętej na tyle, by wiedzieć, że zależy mi na obu dziewczynach w równym stopniu i nigdy nie chciałam by Crey czuła się gorsza czy pominięta. Cóż… KoChaŚ mimo wszystko nie wiele mi pomógł. Ostatecznie jednak utwierdził mnie w przekonaniu, że powinnam z nią szczerze pogadać. Zadzwoniłam, ale… nie odebrała telefonu. Zamartwiłam się, bo poważnie myślałam, że nie chce wcale ze mną gadać. Na szczęście była wtedy tylko zajęta i po pół godzinie się odezwała. Przegadałyśmy dobrą godzinę z moim maksymalnym skupieniem tylko na jej osobie. Chociaż moja kochana mama zawsze wie jak mi przeszkodzić i kiedy. Czasami żałuję, że nie mam własnego pokoju, gdzie mogłabym się zamknąć od nich wszystkich i poświęcić się tylko rozmowie a nie przekrzykiwaniem lub słuchaniem komentarzy, że strasznie długo gadam. Z Crey udało mi się jednak dojść do porozumienia. Wydaje mi się, że trochę naprawiłam coś, co zaczęło powoli się sypać. Powiedziała nawet, że może być tak, że nie do końca ja robię coś źle tylko jej może się czasami zdarzyć coś inaczej odebrać z mojego zachowania. Nie mniej chciałabym postarać się być lepsza dla niej i dla innych.

Kiedy mowa już o innych… Udało mi się troszkę odkurzyć swoją znajomość z Klandią. Przyjaciółka niedawno urodziła córeczkę i teraz spełnia się jako szczęśliwa mama. Bałam się na początku do niej pisać, bo skoro została mamą to na pewno ma teraz nie wiele czasu dla innych. Nie chciałam jej też za mocno przeszkadzać kiedy siedziała zalogowana na fb, bo czułam, że jest to dla niej jakaś chwila oddechu. Nie mogłam się jednak powstrzymać. Byłam bardzo ciekawa co tam u niej. I nie żałuję. Teraz kiedy widzę, że się loguje i jest przez jakiś czas dostępna to ośmielam się do niej pisać. Na razie nie chcę jej za mocno głowy zawracać, ale jednak brakuje mi jej jako przyjaciółki w moim życiu. Zawsze dobrze mi się z nią rozmawiało, a teraz może się ze mną podzielić własnym rosnącym doświadczeniem w tematach, które dla mnie są jeszcze abstrakcją, ale taką o której coraz częściej myślę. Przy okazji miałam okazję zobaczyć jej córeczkę na kilku zdjęciach. Mała jest po prostu zachwycająca. Cudeńko.

Z Elfikiem nie mam kontaktu od dawna. Dzwoniła do mnie co prawda kiedy byłyśmy jeszcze w Rucianym, ale o tamtej pory nie wiele się odzywała. Miała wtedy dość trudny i stresujący czas, więc zwalałam to na brak czasu i zamieszanie jakie jej się w życiu zrobiło. Nie mniej sama też mogłam się do niej wielokrotnie odezwać, co potem sobie skrycie wyrzucałam, chociaż w rzeczywistości nie wiele z tym robiłam. Czasami dla lepszego samopoczucia proponowałam Dużej Mi by do niej napisała. Jednak Elfik żadnej z nas nie odpisywała na wiadomości, sama nie pisałam i tylko sporadyczne komentarze pod zdjęciami lub wpisami utwierdzały mnie w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje. Dopiero dziś kiedy ją złapałam na gg udało mi się z nią zamienić kilka słów. Dziewczyna jest teraz mocno zalatana, bo nie to że praca i studia podyplomowe to jeszcze goni z pisaniem pracy magisterskiej, którą musi jak najszybciej oddać. Faktycznie nie wesoło ma w tej chwili. Jestem jednak pewna, że sobie poradzi, w końcu to nie jest dla niej pierwszy raz.

Z Martą nie widziałam się od jej przyjazdu do Pruszkowa w towarzystwie Whita. Kontakt telefoniczny jednak ma ze mną mocno utrudniony od samego Rucianego. Od kiedy nie mam uczelni i nikt ważny się do mnie nie dobija, a do tego miałam wolne bo wakacje to przestałam nosić tak telefon przy sobie. Często zdarza mi się nie odebrać telefonu, nie tylko od niej, ale również od Eli. Sama nie wiem czemu… Czasami po prostu nie jestem w nastroju na rozmowy z kimkolwiek. Nie mniej staram się chociaż do niej pisać jeśli mogę by nie czuła się taka odsunięta. Chociaż wiem, że na pewno liczy na o wiele więcej z mojej strony.

Patrząc na to wszystko mogę powiedzieć tylko jedno. Jest mi przykro. Bo każdego nie jestem w stanie zadowolić i robić tego czego by się spodziewał po mnie. Sama chyba powoli zatracam to czego bym chciała. Mam plany, jakąś tam listę tego, co chciałam zrobić w tym roku. I połowę ostatnio wykreśliłam nawet o tym nie myśląc. Doszłam też do wniosku, że na przyszły rok nie mam co planować czegokolwiek. I tak połowy z tego nie osiągnę lub nie spełnię, więc po co się łudzić? Daję sobie jakoś radę z tym co mam, co los sam mi przyniesie. Inni co prawda często chodzą i narzekają, że nie robię tego, co powinnam (ich zdaniem oczywiście). Mają do mnie jakieś pretensje lub żale. Jednak… Szczerze? Gdybym miała się tym wszystkim przejmować to siedziałabym cały czas w depresji. Ja naprawdę się przejmuję tym co mówią do mnie i o mnie inni. Szczególnie jeśli są to moi przyjaciel na których mi zależy. Wtedy trudno się wszystkim nie przejmować. I chociaż czasami nie powinnam, bo to nie mój problem to nie umiem od tak o tym wszystkim nie myśleć. I to zazwyczaj na mnie spada odpowiedzialność za wszystko, sama ją na siebie nakładam. Biegam tylko i wszystkich przepraszam, mimo, że wiem, że nie powinnam tego robić, bo mojej winy w wielu sprawach po prostu nie ma.

W listopadzie z Lu wybieramy się na mecz piłki nożnej. Mam nadzieję, że wypali. Ucieszyłam się kiedy mi to zaproponowała, bo mam jeszcze momentami wrażenie, że nie do końca jest mnie pewna i czuje się skrępowana przy mnie. Może to okazja by to zmienić? Z Magdą miałam się zobaczyć kiedy poszłam na paznokcie, ale nam nie wyszło. Jej coś wyskoczyło i nie mogła przyjechać. Potem miałyśmy się dogadać, ale jakoś tak cisza… Zarówno z mojej jak i jej strony. Mam nadzieję, że jeszcze da mi znać. Poza tym zaczęłam szukać sobie pracy. Na razie wysłałam swoje zgłoszenie do Matrasa, ale oni stwierdzili, że trafiłam na razie do bazy chętnych a tylko z wybranymi będą się kontaktować. Będę szukać dalej aż coś znajdę. Szkoda tylko, że mi się tak nie chce działać na tym polu. A myślałam, że będę szukać jej jak wariatka. Tymczasem jest jak jest… Postaram się poprawić!

Poza tym planów jakiś dalszych nie posiadam i chyba nie chcę posiadać. Lepiej mi się żyje z dnia na dzień kiedy nie muszę planować i grzebać się w zmianach dat, spędzaniu czasu na raty z najbliższymi. Chyba po prostu chcę żyć swoim rytmem, który teraz trochę zwolnił.

różowe_kwiecie

Reklamy

2 myśli w temacie “…Zaniedbani bliscy…”

  1. Czytając twój blog mam wrażenie , ze czytam o jakieś pięknej bajce. bajce. Chociaż czasem
    chcesz wszystkim dogodzić ale czasem tak się nie da. Zazdroszczę ci tego spokojnego życia i tego że zawsze możesz liczyć na swojego faceta.
    Twoja
    gbnch

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s