Bez kategorii

…Tora na plan…

Moja sunia ostatnimi czasy przechodzi całkowitą zmianę swojego życia. Niby powoli i małymi kroczkami, ale coś w jej stabilnym podwórkowym żywocie się nieuchronnie zmienia.

Wraz z chorobą Tory, która zmuszała nas do częstych wizyt w gabinecie weterynaryjnym, zapadła we mnie decyzja, że zacznę z nią wychodzić poza podwórko. Początkowo spacer ograniczał się tylko do podróży do lecznicy. I tak był to dla nas spory dystans biorąc pod uwagę, że moja sunia rzadko opuszczała do tej pory dom. Kiedy już wydobrzała zaczęłam zabierać ją na spacerki w okolicę. A to do Komorowa, a to do Parku Żwirowisko. Problemem zaczęła być obroża, która okazała się już za mała na szyję mojego psiaka. Nie to bym ją dusiła przy każdym spacerze! Broń Boże! Zapinała się swobodnie tylko na pierwsze oczko, zostawiając przy tym trochę luzu. Nie mniej kiedy Tora leciała do przodu jak w amoku, że świat trzeba szybko cały zobaczyć i wywąchać, bo za chwilę się skończy to mi się dusiła. Język sięgał do asfaltu, ona głośno oddychała a ludzie, których mijałam patrzyli na mnie jak na sadystkę. Dojrzałam więc do decyzji o zakupie szelek. Pomysł zrealizowałam bardzo szybko z poparciem swojej rodzicielki. Największą trudność sprawiło mi wybranie koloru, który by mi odpowiadał i pasował do psiego umaszczenia. Po konsultacjach zdecydowałam się na takie, niebieskie:

Gdyby ktoś był zainteresowany to kupiłam je właśnie TUTAJ. Solidna z nich firma, więc gorąco polecam. Szalki okazały się świetne i pasują bardzo dobrze. Przy okazji są o tyle ‚rozciągliwe’, że gdybym w przyszłości miała większego pieska od Torci to powinny być i dla niego dobre.

Zakładanie szelek okazało się nie być najprzyjemniejszą częścią całego spaceru w odczuciu mojej suni. Nie wiedziała na początku czego od niej chcę i czemu raptem odrywam jej przednie łapy od podłoża. Później widać skojarzyła, że ta chwilowa niedogodność owocuje przyjemnym spacerem bez podduszania, bo teraz grzecznie siada i czeka na ubranie. Na spacerach zdaje się, że wcale nie wie o moim istnieniu na drugim końcu smyczy. Szelki jej nie ściskają, nie duszą, nie ciągną, więc idzie sobie swobodnie badając otoczenie. Często nie sprawdzając nawet czy idę za nią… Nie mniej nasze spacery zmieniły się od chwili zakupu. Przestała mnie tak cały czas ciągnąć, zaczyna spokojniej spacerować poza domem. Nie mniej nadal zachowuje się jak wariat i zwraca na nas uwagę otoczenia.

W związku z tym, że teraz mam towarzystwo do spacerów postanowiłam trochę połazić dalej od domu. Miałam plany by w wakacje zabrać kiedyś Torę na kilka godzin do Potulika lub nad Zalew. Jednak do tej pory a to się nie udało, a to za późno się zorientowałam, a to padało, a to mnie nie było. Więc dłuższa i dalsza wycieczka oddalała się znowu ode mnie jak większość czynionych przeze mnie planów. W końcu w sobotę wyszłam z Torą na spacer i podjęłam szybką decyzję. Przypomniało mi się, że Eli jest akurat w domu, więc pomyślałam, że mogłybyśmy się przy okazji spotkać. Przyjaciółka kiedy usłyszała, że idę ze swoim psiakiem to wpadła na pomysł by zobaczyć jak nasze sunie na siebie zareagują. Miała spotkać się ze mną niedaleko swojego domu właśnie w towarzystwie Puni. Trochę się tego bałam. Wiedziałam jak Tora leci to innych psów na spacerach i to z wyszczerzonymi zębami. Nie chciałam by zrobiła coś Puni. Nie mniej postanowiłam się nie poddawać i chociaż spróbować. Na miejscu moja sunia zareagowała tak jak podejrzewałam. Początkowo nie chciałam jej dopuszczać do koleżanki, ale w końcu przekonywana przez Eli pozwoliłam by się działo co musi. Moja sunia z zębami… zatrzymała się przed samym pyskiem Puni. Obwąchały się, obeszły i już było dobrze. Chociaż co chwilę mój psiak latał sprawdzać czy aby na pewno może znowu podejść do innej suni.

Tora_Ayer_Puniafot. Eli

Niektóre zachowania Tory jednak pozostawały dla nas dziwne… Punia aktualnie ma cieczkę, więc normalnym jest dla nas, że pewnie pachnie inaczej dla psów z otoczenia. Nie mniej sunia, która przystawia się do drugiej suni i kombinuje co by tu zrobić by do niej dojść od tyłu, wywoływała w nas dowcipy o ich odmiennej orientacji. W końcu zamęczona ‚zalotami’ Punia pokazała zęby i zaczęło się wzajemne warczenie na siebie. Ze trzy razy… Ale po chwili już było dobrze i szły sobie zgodnie. Nadal jest to dalekie od moich marzeń względem spaceru Tory z innym psem. Nie mniej tego dnia poczyniłyśmy ogromne postępy. Dogadałam się z przyjaciółką, że powtórzymy to jeszcze, ale poczekamy z tym aż cieczka przejdzie jej suni w pełni. Zobaczymy czy wtedy będzie lepiej i spokojniej.

W niedzielę babcia poszła jak zawsze do kościoła z samego rana. Tym razem ja zostałam w domu mając większą ochotę na odpoczynek w ciepłej pościeli z dobrą książką. Później to już poszedł normalny poranek, tylko mama jakaś taka nerwowa się robiła z każdą minutą. Msza bowiem dawno się skończyła, a babci w domu jak nie było tak nie ma. Zaproponowałam, że może przejdę się do parku sprawdzić czy jej tam nie ma. Mama stwierdziła, że zamiast iść na sucho mogę zabrać ze sobą psa. Zabrałam, zapominają oczywiście o swoim nieodłącznym ekwipunku zapakowanym w niebieską torebkę. Przy okazji przypałętała się do mnie Pati, która koniecznie chciała iść ze mną. A niech idzie. Dzień był słoneczny, czuć było w powietrzu piękną polską jesień. Na babcie wpadłyśmy zaraz pod kościołem jak wracała ze spaceru z koleżanką, panią Krysią. Ode mnie burę dostała, w domu miała spodziewać się drugiej. W związku z tym, że spacer dopiero się zaczął i Tora z Pati czułyby się na pewno rozczarowane szybkim powrotem do domu powiadomiłam dom, że idziemy jeszcze połazić. Sunia tego dnia zachowywała się na tyle grzecznie, że mogłam ją z czystym sumieniem powierzyć swojej chrześnicy, wierząc, że nic złego się nie stanie. W ramach dodatkowego środka ostrożności pilnie lustrowałam otoczenie i pilnowałam psa, starając się wyłapać wszelkie oznaki tego, że może raptem szarpnąć i wyrwać do przodu.

Pati i TorciaSpacer okazał się dla nas wszystkich bardzo przyjemny. Sunia cieszyła się z możliwości łażenia po śladach innych psów a nie tylko po własnym podwórku. Pati mogłam prowadzić ‚swojego’ psa na smyczy bez większego lęku, a przy okazji szalała trochę na placu zabaw. A ja mogłam pooddychać świeżym jesiennym powietrzem i posłuchać dla odmiany śpiewu ptaków a nie domowych kłótni. Nati kiedy w domu dowiedziała się o naszej małej wycieczce była rozczarowana. W końcu nikt jej nie powiedział, że gdzieś idziemy na spacer i to z psem (obie z siostrą są ostatnio wielkimi fankami spacerów z psem i za każdym razem kiedy jestem w domu pytają kiedy zabieram Torą na miasto, bo one też chcą iść i bym o nich nie zapomniała). Ona w tym czasie siedziała bowiem w domu i męczyła się nad lekturą do konkursu polonistycznego. Przynajmniej w miłym towarzystwie, bo ostatnio dostały od rodziców chomika. Straszny z niego krzykacz jest! Jak tylko się do niego zbliżaliśmy na początku to tak krzyczał, że miało się wrażenie, że jakiś sprzęt elektroniczny nawalił, bo tak trzeszczało w całym pokoju. W końcu jednak się przyzwyczaił i teraz zachowuje się wzorowo. Miałam nawet okazję mieć go na rękach! Pierwszy raz mam do czynienia z chomikiem pod własnym dachem. Tank stwierdził, że jak tak dalej pójdzie to będzie mój chomik… No cóż… Chomiczek jest zastępstwem za myszkę polną, którą jakiś czas temu złapał i przydusił Czesław, kot ciotki z sąsiedztwa. Póki dochodziła do siebie to mieszkała w akwarium w garażu. Kiedy robiło się coraz chłodniej w nocy, cała konstrukcja przenosiła się do domu. W końcu jednak ktoś doszedł do wniosku, że dzika myszka nie może mieszkać w domu i została oddana naturze. Nie mniej udało nam się ją wcześniej uwiecznić!

Otwarcie Parku Żwirowisko 21 września 2014 (47)fot. Lord Valdemort

Cały dzień spędziłam na walce z Pati o zabawę, w której nie chciałam brać udziału. Liczyłam, że ten słoneczny dzień spędzę sobie na słoneczku z książką i w ciszy. Nie dane mi to jednak było. Wymogła na mnie obietnicę, że pomogę jej przebłagać rodziców, aby zgodzili się na przyjęcie do domu nowej zabawki po naszej kuzynce – domku z barem Barbie. Na razie staram się ją jakoś przetrzymać, ale jej pamięć jest o wiele za dobra na to by o tym zapomnieć. Czuję, że w końcu będę musiała jej jakoś pomóc w załatwieniu tego kolejnego grata… Jej rodzice mnie zabiją, to jest pewne…

Nie mniej tego dnia nie spędziłam w jednym miejscu, bo udałam się jeszcze z ojcem do Biedronki, gdzie udało nam się przepuścić kasę na maskotki. W Sulejówku w ulotce dojrzałam mordki ginących gatunków, które w formie maskotek pojawiły się w sieci sklepów z kropkami. Na tyle mocno oszalałam na ich punkcie, że musiałam jakieś zdobyć do domu! Zgarnęłam więc cztery sztuki i wrzuciłam do koszyka. Oczywiście mój rodziciel uznał, że jest to nam całkiem zbędne i bez sensu, ale zapłacił za mój kaprys. W domu mama załamała ręce nad tym, co zobaczyła. Mimo tego, że wieczór wcześniej oglądających ich zdjęcia uznała, że wzięła by wszystkie. Stwierdziłam, że nawet jeśli ja nie będę się nimi bawić to może zostaną dla mojego maleństwa na przyszłość. Pluszaki porzuciłam na biurku i poszłam na świeże powietrze. Dopiero kilka godzin później kiedy przyszłam na obiad dowiedziałam się, co wyprawiali z nimi moi rodzice… A to efekt ich zabawy:

pluszaki z biedronkifot. Lord Valdemort

Najbardziej zaskakujące i śmieszne zarazem było dla mnie popołudniowe zachowanie Pati. Jeszcze na spacerze zaczęła mnie pytać o rzeczy, o których sama nie myślałam. I raczej nie zamierzałam o nich myśleć w najbliższym czasie… Otóż kiedy tak chodziłyśmy sobie z Torą po parkowych alejkach zaczęła mnie wypytywać kiedy pobierzemy się z KoChaSiem. Zaczęła mi opowiadać o tym jak wyobraża sobie moją sukienkę, buty, welon. Stwierdziła kategorycznie, że mój chłopak powinien tego dnia założyć na siebie czarny matowy garnitur. Opowiadała barwnie o tym, że ona będzie szła przede mną z koszykiem kwiatów i będzie nimi na mnie sypać. Pytała kto w kościele ma prawo siedzieć w pierwszej ławce i bardzo się ucieszyła, kiedy powiedziałam, że te miejsca zarezerwowane są zazwyczaj dla najbliższej rodziny. W domu zaczęła (i to przy mojej mamie!) temat dzieci. Mówiła o tym, że jak już się z KoChaSiem pobierzemy to podam jej adres naszego domu to będzie nas odwiedzać. A jak urodzę dzieci to będzie się z nimi dużo bawić. Sam KoChaŚ od soboty non stop pyta mnie jak się czuje nasze dziecko… Zupełnie tak jakby się oboje zgadali co do tego, że powinnam już zostać żoną i matką.
Zastanawiam się czy już zacząć się bać…
Świat się kończy!

Ayer i Torciafot. Pati

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s