Bez kategorii

…Miłe złego początki…

Myślałam kiedyś, że wiem czego chcę. I te wszystkie lata życia, zdobyte doświadczenia wyrobiły we mnie pogląd na to, co chcę robić w swoim ‚dorosłym’ życiu. Studia były jakie były. Mam pełne uprawnienia do tego by siedzieć z dzieciakami w salach szkolnych i przekazywać im wiedzę. Nie mniej kiedy zaczęłam szukać pracy po obronie magistra to unikałam wszystkiego, co było związane z edukacją. KoChaŚ strasznie się złościł kiedy po raz kolejny mówiłam, że nie chcę uczyć w szkole. Że tak naprawdę nie czuję w sobie powołania by być nauczycielem. Mimo, że właśnie taki zawód mam wyuczony. Mój ojciec miał zresztą to samo. Może jedyna różnica polegała na tym, że jego nie dało się przekonać by się nie denerwował w tym temacie. On ma bardzo prosty obraz świata. Skoro skończyłam studia pedagogiczne i zostałam nauczycielem, to właśnie w szkole powinnam sobie szukać zajęcia a nie gdzieś indziej. Na moje wzmianki związane z zaczepieniem się w jakiejś księgarni odbierał trochę wrogo. Nawet nie krył się z tym, co myśli o moich pomysłach i planach. Widać było, że nie pochwala ścieżki, którą chciałam podążać. Chociaż KoChaŚ w tym temacie okazał się wyrozumiały. Poza tym, że bez przerwy mnie wspierał to każdy mój pomysł przyjmował z aprobatą i wielokrotnie podpowiadał coś od siebie. Mama natomiast jako jedna chciała w tym temacie tylko jednego – bym znalazła pracę i zaczęła w końcu zarabiać. Nie było istotne, gdzie miałabym się dostać. Najważniejsze było abym miała jakieś zajęcie i to płatne. Chciała mi chyba w ten sposób pokazać, że akceptuje moje wybory jakie by one nie były i nie zamierza się w to wtrącać. W końcu to moje życie.

Mimo, że czułam dużą presję jeśli chodzi o znalezienie sobie zajęcia to jakoś szukanie mi nie szło. Były dni kiedy nie miałam jak spokojnie usiąść do laptopa i poszukać ciekawych ofert pracy. Były i takie kiedy zwyczajnie nie miałam na to ochoty. Brakowało mi czegoś. Im dłużej siedziałam w domu tym gorzej się czułam. I wcale nie chodzi o to, że jestem jakaś pracowita i bezczynność mnie męczyła. Po prostu za każdym razem kiedy rozmawiałam z chłopakiem słyszałam te same słowa, które ja kierowałam do niego kiedy jeszcze był na bezrobociu. Zaczęło mnie to dobijać. Będąc po drugiej stronie równania okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo. Szukanie pracy szło mi marnie. Sama wysłałam kilka CV w różne miejsca, ale poza jedną odpowiedzią nie wiele się ruszyło. Później z pomocą przyszła mi Crey i jej pomysł wspólnej pracy w jakiejś firmie. Czułam się pewniej. Miałam nadzieję, że to właśnie ten bodziec, którego mi brakowało. Nie mniej na spotkaniu, na które poszłyśmy wspólnie zapał ze mnie uleciał. Cały… Nie widziałam siebie w takim miejscu, na takim stanowisku. Nawet jeśli miałabym obok siebie przyjaciółkę, to chyba nie potrafiłabym tam pracować. Pomysł na jakiś czas się rozmył i wtedy pojawiła się oferta Empiku.

Tamta rozmowa kwalifikacyjna, na którą pojechałam niosła ze sobą dużo nadziei. Cieszyłam się, że będę mogła pracować wśród książek, które przecież tak uwielbiam. Słowa kierowniczki otworzyły przede mną na całą szerokość drzwi z moimi planami i marzeniami na przyszłość. Zaraz po wyjściu dzwoniłam do KoChaSia i snułam z nim wielkie plany. Opowiadałam mu jakie mam plany kiedy już zacznę mieć stały dochód z racji pracy. Może jednak za wcześnie się cieszyłam, bo wszystko pękło jak bańka mydlana. Kierowniczka mimo, że była mną ponoć tak oczarowana nie odezwała się więcej. Miałam do niej żal o to, co powiedziała mi w czasie naszego krótkiego spotkania. Dała mi niepotrzebnie nadzieję, która teraz po upadku z wysokości zaczęła boleć. Powoli zamykałam się w sobie nie wierząc, że coś się zmieni. Byłam na siebie zła, że tak się pospieszyłam z radością. Zastanawiałam się czy coś by się zmieniło gdybym od razu do wszystkich nie dzwoniła. Gdybym to wszystko zostawiła tylko dla siebie. To ciągłe myślenie sprawiało, że czułam się psychicznie coraz gorzej i przestałam szukać sobie zajęcia.

Przyjaciele jednak o mnie nie zapomnieli. I mimo, że nie wiedzieli jak się czuję nie pozostawili mnie samej sobie. Niemal codziennie mogłam liczyć na jakąś wiadomość jeśli chodzi o możliwe zatrudnienie. Dostałam maile, wiadomości na fb, mms-y. Wcześniej takie wieści mocno mnie irytowały. Wtedy trochę mnie pocieszały, że mój los nie jest obojętny innym. Nie mniej nie mogłam w sobie znaleźć wystarczająco dużo siły by zacząć działać. Aż do tego jednego dnia…

Co to było? Środa lub czwartek. W sumie dość niepozorny dzień, podobnych do tych wszystkich, które miałam spędzić w domu. Nie mniej rano zadzwoniła do mnie Eli. Powiedziała, że w sądzie szukają kogoś do pracy w archiwum. I jeśli by mi zależało to powinnam się pospieszyć i zanieść szybko swoje CV na miejsce. Wiedziałam, że jednak osoba była już zainteresowana tym stanowiskiem. Nie widziałam sensu w pchanie się tam na siłę, ale jeśli przyjaciółka i jej mama pomyślały o mnie w takiej sprawie to postanowiłam ich nie zawieźć i chociaż pójść z tym CV. Na miejscu okazało się, że już kogoś wzięli na to stanowisko. Nie podcięli mi tym skrzydeł, bo i tak czułam, że nic z tego nie będzie. Mimo tych wieści Dział Kadr miał dla mnie propozycję. Zaproponowali, że jeśli znajdzie się u nich jakiś wolny etat, nawet na krótko to (o ile będę dalej zainteresowana) pomyślą i zadzwonią do mnie. Uznałam, że to miły gest z ich strony, nie mniej przestałam wierzyć w takie słodkie słówka. Miałam bolesne doświadczenie z Empikiem i nie chciałam znowu tego doświadczać.

Jakie było moje zdziwienie kiedy w sobotę rano dostałam telefon z sądu. Okazało się bowiem, że ta osoba, która miała u nich pracować tego właśnie dnia zrezygnowała. Byli ciekawi czy nadal jestem zainteresowana. Poczułam przypływ adrenaliny. Zgodziłam się i obiecałam pojawić się jeszcze tego samego dnia. Byłam tak podniecona tym telefonem, że od razu zadzwoniłam do ojca z pytaniem czy mnie zabierze po liczeniu kart do sądu. Resztę formalności chciałam załatwić sobie w poniedziałek, chociaż nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić taki początek tygodnia. Skrzydła znowu mi urosły, a radość rosła tym więcej im bliżej było podpisania umowy o pracę.

W poniedziałek jak wiadomo nie byłam w stanie normalnie funkcjonować a tym bardziej załatwiać formalności do sądu. Czułam zbyt wielkie zmęczenie fizyczne i psychiczne po wyborach i związanym z tym stresem. Chciałam trochę odreagować. Dlatego też wszystko załatwiałam we wtorek, w sumie na biegu. W sądzie znalazłam się jeszcze przed końcem pracy pracowników z Działu Kadr. Zostawiłam im swoje papiery, badania lekarskie i zaświadczenie o niekaralności. Umówiłam się następnego dnia na 8:00 rano, że zacznę już pracę. Zaczęłam się denerwować. Po pierwsze w czasie załatwiania tego wszystkiego nie zaprzątnęłam sobie nawet głowy by zapytać o zarobki czy dokładny zakres moich obowiązków. Wszystko miało zaczekać do środy, mojego pierwszego dnia. Po drugie dotarła do mnie informacja, że pracę mam tylko w ramach zastępstwa za jednego faceta, który jest na zwolnieniu lekarskim. Dlatego też umowa, którą podpisałam następnego dnia okazała się wyjątkowo krótka w czasie. Wiecie, że akurat te dwie rzeczy mi nie przeszkadzały? Byłam dobrej myśli. Cieszyłam się, że zarobię chociaż trochę, zawsze to jakieś pieniądze, a teraz wszyscy ich mocno potrzebujemy. A to, że moja pierwsza praca potrwa tylko lekko ponad dwa tygodnie? Co to za różnica? Grunt, że nie siedzę w domu na tyłku i nie muszę słuchać narzekań innych, że nic nie robię ze swoim życiem.

Pierwszy dzień pracy był… obiegający. Z samego rana poszła podpisać wszystkie papierki. Dostałam cała masę oświadczeń, upomnień, zapewnień i tym podobnych. Otrzymałam kartę, którą miałam się od tej pory meldować przy drzwiach, że wchodzę i wychodzę z sądu. Samą umowę o pracę miałam podpisać dopiero popołudniu, ponieważ kadry miały tego dnia też inne obowiązki. Zostałam przydzielona do administracji, gdzie kadrową okazała się pani Agata. W związku z tym, że mojej szefowej z pokoju tego dnia nie było w pracy to ona była zmuszona mnie niańczyć. Razem z Pauliną, koleżanką z pokoju, która jak się później okazało robi w zupełnie innym dziale, ale pomaga w archiwum z nawałem pracy. Na początku odbyłam wycieczkę krajoznawczą po wszystkich piętrach. Nie wiele z tego zapamiętałam, jednak budynek nie jest mi już taki znowu obcy. Najważniejsze są jednak dla mnie piętro 1 i 2 oraz samo archiwum. Po wycieczce mogłam przystąpić do pracy i podpisania kolejnych papierków. W ciągu całego tego dnia kilka razu musiałam biegać do Działu Kadr, zbiegałam do archiwum, wracałam do swojego pokoju, odwiedzałam informatyków, odwiedziłam również dział księgowości. Wszędzie było mnie pełno. Udało mi się całkiem dużo zrobić tego pierwszego dnia z czego byłam ogromnie zadowolona. Brałam nawet udział w międzyczasie w jakimś wstępnym szkoleniu, które dało mi podstawową wiedzę jeśli chodzi o to, kiedy mogę się spodziewać odszkodowania z tytułu wypadku przy pracy i co tak naprawdę jest tak nazywane. Każdy kolejny dzień zaczynałam już podobnie. Z domu wychodziłam 7:30 i ruszałam szarymi ulicami w stronę centrum miasta. W sądzie spotykałam się zwykle z mamą Eli lub znajomą z komisji wyborczej. Krótkie ‚dzień dobry’ i ruszałam do siebie. Z czasem okazało się, że moja robota jest niemal czysto fizyczna. Zaczęłam dużo czasu spędzać w archiwum próbując zaprowadzić tam względny porządek i ład. Nie wiele to dawało, więc każdego kolejnego dnia od nowa zaczynam swoją walkę z pułkami pełnymi akt. Po pierwszych trzech dniach miałam problemy z kręgosłupem. Łupał mnie w każdym możliwym miejscu, ręce mi mdlały od ciężaru tych wszystkich papierów, nogi odmawiały współpracy przy chodzeniu po schodach. Moja mama stwierdziła, że jestem po prostu za ambitna i chciałabym wszystko zrobić od razu przez co sama robię sobie krzywdę. Może to i fakt… Ten tydzień zaczął się inaczej. Kręgosłup zaczął się oswajać z faktem, że teraz dźwigam ciężkie akta przez cały dzień i jest mi do tego mocno potrzebny. Ból pojawia się już sporadycznie, zazwyczaj wtedy, gdy zapomnę, że biorąc akta muszę przykucnąć i dopiero wstać. Czasami robię to na wyprostowanych nogach przez co ciało się buntuje, za mocno je obciążam tym. Ręce powoli też dochodzą do siebie. Pierwsze dni były okropne, bo okazało się, że w mięśniach i ścięgnach w dłoniach miałam zakwasy od podnoszenia, układania i pisania. Później przeszłam nad tym do porządku dziennego i jakoś to szło. Połamałam sobie w archiwum prawie wszystkie paznokcie. Dłonie mam całe podrapane przez zszywki, które wystają ze starych akt. Skóra na rękach mi wyschła, zaczerwieniła się i zaczęła cholernie swędzieć po godzinach spędzonych na przekładaniu ciężkich teczek, które wszystkie na raz chciały zlecieć mi na głowę. Teraz jednak jestem już silniejsza. Ciało mi się zahartowało do tej pracy. Złapałam swój rytm, wynalazłam swoją metodę działania. Jeszcze tylko muszę na ręce uważać… Od dziś obowiązkowo biorę do pracy krem nawilżający do rąk.

Jeśli chodzi o moją szefową to poznałam ją drugiego i trzeciego dnia. Poznałam ją bowiem na dwa różne sposoby. Kiedy mnie poznała miałam cały czas wrażenie jakby mnie nie widziała w pokoju i w czasie pracy. Nie bardzo chciała mi powierzać zadania, które poprzedniego dnia robiłam pod okiem pani Agaty. Nie przeszkadzało mi to. Jednak dziwnie się czułam kiedy rozmawiała z Pauliną, a mnie jakby nie dostrzegała. Pod koniec dnia stwierdziłam, że tak być nie może. Włączyłam się do rozmowy, ale nie wiele udało mi się zdziałać na tym polu. Przełom przyniósł dopiero kolejny dzień. Akurat wtedy Paulina była zajęta w innym dziale i nie mogła nam pomagać. Zostałyśmy z panią Jolą całkiem same. I wtedy poznałam ją od zupełnie innej strony. Okazała się ogromną gadułą, która lubi mówić o sobie, swoich przeżyciach i życiu osobistym. I to nawet bez specjalnej zachęty. Za to można się z nią pośmiać i podyskutować na wiele tematów, co ubarwiło mi szary dzień spędzony za biurkiem z nosem w aktach. Od tego dnia nasze stosunki uległy zmianie i jestem już widoczna nawet przy koleżance. Dziś dowiedziałam się od swojej szefowej, że jest ze mnie zadowolona. Ponoć szybko weszłam w dryg tej pracy i radzę sobie bardzo dobrze jak na same początki.

Dodaje mi to otuchy. Nie wierzę jednak w to by chcieli mnie w sądzie na etat. Nie podejrzewam by znalazło się u nich jeszcze jakieś zajęcie dla mnie. A tym bardziej jakieś na dłuższą metę. Codziennie siedząc za biurkiem patrzę na zegar, na którym śledzę uciekające mi godziny pracy i na kalendarz, gdzie w myślach skreślam dni do chwili aż chłopak, którego zastępuję wróci na swoje stanowisko. Z tego też powodu pani Jola stwierdziła, że nie będzie mnie szkolić w innych dziedzinach ich pracy archiwalnej, bo to nie ma sensu skoro zostaję tak krótko. Nie mam jej tego za złe. Wiem już jak wiele ma ona codziennie pracy, ile musi się nabiegać w ciągu dnia by mieć wszystko załatwione. Dodatkowe przeszkolenie mnie wymagałoby czasu, którego niestety żadne z nas nie posiada. Cieszę się, że chociaż mogę im trochę pomóc. No a przynajmniej, że im nie szkodzę za mocno.

Wczoraj wieczorem odkryłam ciekawą rzecz. Otóż na moim koncie pojawiła się moja pierwsza wypłata! Dostałam tak dziwnego zaciesza, że sama nie mogłam uwierzyć, że od razu do wszystkich nie zadzwoniłam. Ucieszyłam się, bo to pierwsze takie pieniądze, które zawdzięczam przede wszystkim swojej ciężkiej pracy. Żeby być w pełni szczęśliwym to mam do odbioru w Urzędzie Miasta swoją dietę za ostatnie wybory. Do tego w ten weekend szykuje się druga tura, więc dostanę jeszcze kilka złotych ekstra. To mnie jednak już tak nie cieszy. Po moich ostatnich doświadczeniach z systemem liczenia głosów straciłam trochę wiarę w cały system. Jeszcze te dodatkowe zamieszanie jakie się zrobiło… To wszystko nie jest chyba warte tych pieniędzy. Zwłaszcza kiedy pomyślę, że znowu możemy siedzieć w szkole do 6:00, a na 8:00 w poniedziałek zaczynam pracę… Nie dane będzie mi się wyspać w tym tygodniu, o nie. Już oni o to zadbali…

Jeśli chodzi o moje życie wewnętrzne, to zaczęło trochę kuleć. Przez pracę nie miałam czasu spotkać się z KoChaSiem, który nie to, że jest daleko to jeszcze pracuje w innych godzinach niż ja. Minął już tydzień od czasu kiedy go ostatnio widziałam. Tęsknota za nim zaczyna mnie dobijać. Tak mocno to przeżywam, że codziennie kładę się spać w jego sportowej bluzie myśląc przed snem, że nie ona ale to właśnie on mnie przytula przed snem. Z przyjaciółkami też bywa różnie. Ostatnio część z nich milczy, inne odzywają się jak czegoś potrzebują, a inne trwają przy mnie chociaż na odległość. Nie mniej czuję się cholernie samotna. Wychodząc z domu nie dzwonię do nikogo jak zwykłam to czynić. Dochodzę do tego, że nie mam gdzie i do kogo o tak wczesnej porze. Teraz słucham radia, słuchając jak inni ludzie się śmieją. Wracając do domu mam dokładnie to samo. Poza tym jestem tak zmęczona tym archiwum, że nie wiele mam do dodania od siebie. W sumie chyba podświadomie liczę na to, że w sądzie nie znajdzie się dla mnie dłużej praca. Taki obrót spraw może sprawić, że zyskam czas, którego teraz tak mi brakuje. W ten sposób będę mogła pojechać do Sulejówka i przytulić się do ukochanego człowieka. Dzięki temu będę mogła spotkać się z przyjaciółkami jeszcze przed świętami. W tej chwili mogę liczyć tylko na wolne weekendy, ale w tym tygodniu nawet tego nie mogę. W sumie nikt nie powiedział, że dorosłe życie będzie proste, prawda?

Liczę na to, że w końcu wszystko się ułoży. I znowu bez problemu będę mogła być z moimi najbliższymi. O pieniądze też chciałabym się już więcej nie martwić. Chociaż może ja nie powinnam narzekać? Może wcale nie mam tak źle jak mi się wydaje? Ludzie mają różne sytuacje, pewnie nawet gorsze ode mnie. Tylko… Czemu jestem taką egoistką i uważam ciągle, że to ja mam źle?

niosę znaki

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s