Bez kategorii

…Ciąg dalszy nastąpił…

Jak ten czas ucieka to jest nie pojęte. Zaglądam na bloga i ciągle mam wrażenie, że ostatni wpis pojawił się tak niedawno. A to już tyle miesięcy uciekło. Nieprawdopodobne.

Ostatnie miesiące były dla mnie nie tyle trudne, co bogate w wydarzenia i masę zajęć, które skutecznie odpychały moje myśli związane z pisaniem. Teraz jednak, za namową Oli i Roberta postanowiłam trochę przełamać to fatum i napisać. Chociaż raz na jakiś czas choć wiem, że może to być trudne. I bynajmniej nie chodzi o brak czasu, ale o moje lenistwo i małe uzależnienie od jednej gry… Ale o tym może później.

Od ostatniego wpisu w sądzie zdążyłam podpisać już trzy kolejne umowy o pracę. Kierownictwo bardzo sobie ceni moją pracę, więc jak tylko mają jakąś posadę to sprawdzają czy byłabym zainteresowana. Z moich obserwacji wynika, że Pani Agata szczególnie pilnuje by każda propozycja, która się przede mną pojawia była związana z oddziałem administracyjnym. Na razie jej się udaje, bo cokolwiek mam wpisane w umowie to nadal jestem pod jej bezpośrednią jurysdykcją i ciągle kręcę się w archiwum. Po powrocie pana Piotra do pracy miałam wolne, bo sąd nie miał dla mnie żadnej propozycji pracy. Obiecali się jednak do mnie odezwać kiedy tylko coś się znajdzie, bo byli zadowoleni z mojej pracy. Ten czas wolny przed samymi świętami bardzo mi się przydał i wypadł bardzo korzystnie, bo nie musiałam się martwić czy zdążę ze wszystkim do Wigilii mając na głowie pracę. Przed Sylwestrem dostałam telefon, w którym poinformowano mnie, że pani Jola w czasie świąt miała wypadek, coś nie tak z nogą, i nie będzie mogła pracować. Byli ciekawi czy byłabym zainteresowana pracą w ramach praktyki w tym samym miejscu gdzie wcześniej. Świetna wiadomość, bo nie musiałam po nowym roku znowu bawić się w rozsyłanie CV. Pracę przyjęłam, poznałam bliżej pana Piotra, którego wcześniej zastępowałam w pracy. Pani Jola wróciła bardzo szybko do pracy, więc mieliśmy wesoło. W takich warunkach dostałam kolejne przeszkolenia w zakresie obowiązków pracownika archiwum. Starałam się szybko zapamiętać nowe informacje i nie mylić się za dużo. Z każdym dniem dowiadywałam się czegoś nowego, robiłam coś odmiennego niż dnia poprzedniego. Praca była przyjemna, ale również się skończyła. Kadry chciały mnie zatrzymać, więc zaproponowano mi pracę na umowę zlecenie. Taka forma umowy nie za bardzo przypadła mi do gustu, ale miała być tylko formą przejściową. I znowu zanim udało mi się na nią dostać to z powodu zmiany umowy miałam wolny czas przed Wielkanocą. Ma się tego fuksa. Moje zlecenie trwało 2 tygodnie. Po tym czasie skończyła się umowa pracy tymczasowej dla Pauliny z ramienia agencji pracy, więc mogłam wskoczyć na jej miejsce. Tak to w końcu było obmyślone przez górę. W pierwotnej wersji miałam przejąć jej stanowisko i obowiązki już na zleceniu. Później jednak wycofano się z tego pomysłu i zajęłam się dalej sprawami archiwum. Teraz wprowadzam do systemu akta znajdujące się w piwnicy, które z powodu późno wchodzącej cyfryzacji, jeszcze nie znalazły się w głównym katalogu. Jak do tej pory jestem najszybsza jeśli chodzi o wprowadzanie (no w tym miesiącu Robert był znacznie szybszy), ale staram się z tym nie wychylać, bo boję się trochę dodatkowych obowiązków, które mogłabym dostać, gdyby się kierownictwo zorientowało. Jak mam trochę czasu to pomagam pani Joli przy przyjmowaniu nowych tomów i przy wypożyczeniach. Dzięki temu nie tracę kontaktu z poprzednim stanowiskiem i szybciej radzę sobie w sytuacjach kiedy trzeba wyjaśnić jakąś sprawę dla wydziału lub do mojej roboty.

Od początku mojej pracy na tym nowym stanowisku współpracuję z Robertem. Wcześniej już pracował w sądzie, choć w innym dziale i, jak się później okazało, ma powiązania z ChATem! Ten świat jest jednak mały. Kiedy zeszłam już ze zlecenia i zaczęłam normalną pracę dołączyła do nas jeszcze Ola. W tej chwili we trójkę zajmujemy jeden pokój i dziennie walczymy z systemem do wpisywania akt oraz samymi teczkami. Jeszcze się nie zdarzyło bym w pracy siedziała smutna czy przybita! Chociaż stany usypiające się zdarzają, ale nie tylko mnie. Poza tym jesteśmy dość ciekawym towarzystwem. Robert z zamiłowania jest historykiem poszukiwaczem, który liznął trochę studiów pedagogicznych. Jak się dzisiaj dowiedziałam prowadzi nawet dwie strony internetowe, coś jak mój blog jednak w tematyce związane z Piastowem i średniowieczem. Ola w tym roku, będąc już na zleceniu w naszej ekipie obroniła się i została magistrem z psychologii! Sama elita. Każdego dnia słychać z naszego pokoju podniesione głosy (nic nie poradzę, że moja naturalna barwa głosu jest tak głośna… Oli zresztą też, więc jest nas dwie) i śmiechy. I zwykle nasze rozmowy kończą się na tym, że rozpraszamy się na jakieś 10-15 minut. Potem ciężko wrócić do pracy, kiedy ciągle przypominamy sobie o czymś, co nie zostało jeszcze powiedziane. I nawet Robert, który zwykle jest nie wzruszony na wszelkie rozpraszające bodźce przy nas również zdarza mu się oderwać od pracy i zająć czymś zupełnie innym. Wspieramy się w czasie pracy i gdy, któreś z nas jest do przodu z robotą to staramy się pomóc pozostałym. Zgraliśmy się w świetną ekipę po kilku dniach wspólnej pracy. W takich warunkach to ja mogę pracować! Nawet pani Jola, która nie pracuje z nami bezpośrednio zauważyła jak udało nam się dograć i jak dobrze razem się czujemy.

Na obecnym stanowisku będę siedzieć póki co do końca sierpnia. Na tyle ponoć ma podpisaną umowę z sądem agencja, która mnie teraz zatrudnia. Co będzie po wakacjach, nie wiem. Pani Agata już wielokrotnie w rozmowach ze mną przedstawiła swoje plany wobec naszej grupy. Ona liczy na to, że uda jej się zatrzymać tak mnie, jak i Olę z Robertem. Jej plan zakłada, że na początku jesieni zajmiemy się wprowadzaniem do systemu starych akt z lat pięćdziesiątych, które obecnie są na nowo kategoryzowane przez naszych sędziów. Jednak jak będzie w rzeczywistości tego nikt nie wie. Póki co tylko ja jestem mocniej przywiązana do sądu, bo podpisałam umowę na dłuższy termin, a Ola i Robert pracują ciągle na zleceniu, które jest odnawiane z miesiąca na miesiąc. Jak się zdenerwują, to sobie pójdą i tyle ich widzieli. I ja też. Na razie jednak żadne z nas chyba nie myśli co dalej.

identyfiki sądOd marca wracam do domu i zastaję go w ciszy. Ze strony mojego rodziciela, który się do mnie nie odzywa. Chociaż powoli mu chyba przechodzi, bo częściej ze mną rozmawia. Nie zmienia to jednak faktu, że czasami zwraca się do mnie bezosobowo i sama nie wiem, czy zdanie lub pytanie było skierowane do mnie. Stan też utrzymuje się od początku marca, kiedy to sprowadziłam do domu nową świnkę morską, której pasek pojawił się na dole bloga. Świnia wabi się Manieg i sprezentowała mi go sąsiadka Eli. Nie mogła go trzymać u siebie w domu, choć bardzo chciała. Wtedy Eli wpadła na to, że może ja bym go do siebie przygarnęła. Kiedy go zobaczyłam to się zakochałam i już wiedziałam, że będzie mój. Zostało mi tylko przekonać resztę domowników. Oczywiście mama i Tank byli jak najbardziej za. Szczególnie kiedy pokazałam im zdjęcia otrzymane od przyjaciółki. Tylko ojciec był przeciwko. Bez niczego powiedział, że się nie zgadza i koniec. Po rozmowie z mamą postanowiłyśmy jednak sprowadzić do domu nowego futrzaka. Oczywiście zrobiła się z tego cała awantura. Poznałam swojego rodziciela z zupełnie innej strony, powiedział rzeczy, który nic już nie cofnie. Poza tym teraz kiedy będzie przed innymi kreował się na takiego wspaniałego to będę mogła w pełni powiedzieć, że to fałsz, specjalnie stworzona maska. Nie będę jednak wchodzić głębiej w ten problem. Grunt, że marzec był dla mnie miesiącem dość stresującym i opłaciłam to swoim zdrowiem, z którym było gorzej. Teraz jednak ja doszłam do siebie, Manieg zaaklimatyzował się w domu, ojciec chyba oswoił z nową sytuacją i uporem własnej rodziny. Mnie zostało się powoli przyzwyczaić do tego, że w domu jest inaczej i ojciec się do mnie nie odzywa. Początkowo sytuacja była nie do zniesienia dla takiej gaduły społecznej jak ja, ale w końcu przestałam zabiegać o jego uwagę i kontakt z nim.

20150331_172139Manieg

Poza tym w domu jest różnie. Miewam chwile kiedy wracam do domu i krew mnie zalewa, są i takie kiedy nie mam na nic siły ani ochoty. Tłumaczę to sobie ciężkim dniem w pracy, chociaż doskonale wiem, że to nie jest jedyny powód. Nie mniej staram się nadal być sobą. Dużo czasu spędzam z babcią, wychodzimy razem na spacery po parku i dyskutujemy. Zaczęłam się śmiać nawet, że w czasie tych obchodów po parku dokształcam ją z wiedzy o wierze prawosławnej, którą zdobyłam od x. Sawickiego w czasie fakultetów. Po prostu nie mogę słuchać jak gada głupoty na temat tej drugiej wiary, choć nawet raz się z nią nie zetknęła. Mieszkam nadal gdzie mieszkałam i zaczyna mi to coraz częściej doskwierać. Docinki ze strony rodziny na temat mojego wyglądu są już na porządku dziennym, ale coraz mocniej uderzają we mnie. Są chwile gdy po takim tekście po prostu opuszczam dane pomieszczenie, odchodzę, unikam kontaktu z osobą, która powiedziała do mnie coś na mój temat. Po pierwsze mam dość tego, że każdy mnie ocenia i czepia się mojego wyglądu. A po drugie nie mam ochoty się z nikim kłócić i szarpać sobie tylko nerwów z tak błahego powodu, który mogę najnormalniej w świecie zignorować odchodząc. Taktyka ta sprawdza się na krótko, ale wydaje mi się najłatwiejsza. Poza tym coraz częściej zaczyna mi przeszkadzać jak członkowie mojej rodziny się do siebie zwracają, jak się traktują. Szczególnie jeśli chodzi o małe pokolenie.

Z dobrych wieści to dowiedziałam się, że Blondii jest w ciąży! Pisała do mnie jakiś czas temu, że szuka kontaktu z lekarzem. Pretekst był dobry by powiedzieć, że niedługo będzie miała swoje maleństwo na świecie. Ciekawa jestem jak się z tym czuje. Wydaje mi się, że jest trochę wystraszona. Ponoć jest w trakcie robienia wszystkich badań by mieć pewność, że zarówno ona jak i maleństwo będą zdrowi.
Szisza w zeszły weekend została żoną Konrada. Patrząc na zdjęcia muszę przyznać, że wyglądała ślicznie. Niestety ani ja, ani Crey nie pojechałyśmy nawet do kościoła. Ja kompletnie zapomniałam o dacie wydarzenia, tak to jest jak ma się zaproszenie z fb a nie papierowe, które można sobie postawić w widocznym miejscu. Choć to też moja wina, bo mogłam sobie gdzieś zapisać w widocznym miejscu. Niestety z kalendarza od jakiegoś czasu nie korzystam i wiele imprez przez to przegapiłam za co przepraszam. Sziszy natomiast życzę wszystkiego co najlepsze i wierzę, że Konrad będzie dla niej kochającym i dobrym mężem.
U mnie też nie najgorzej. Nareszcie, bo w rok po tym jak uzyskałam tytuł magistra, udało mi się odebrać papiery z uczelni. Wzięłam sobie dzień wolny w pracy, zgrałam się z Dużą Mi i KoChaSiem, zabrałam wszystkie potrzebne papiery i ruszyłam na ChAT. Jak ja się stęskniłam za tym miejscem! Chętnie znowu bym tam wróciła, ale już nie będzie tak jak wcześniej. I chociaż pan Arek gorąco namawiał na podjęcie kolejnych studiów, to jednak się nie skuszę. Teraz priorytet to praca, zarobki i… własne cztery kąty.

To może na zakończenie coś o moich problemach z pisaniem. Otóż problem mojego pisania to trzy punkty. Pierwszy to czyste lenistwo, po prostu nie chce mi się siadać i pisać. Wiem bowiem, że nie będzie to trwało pół godziny, ale zajmie mi około dwóch, a do tego jeszcze muszę dodać czas na ewentualne poprawki, edycję na stronie, dobór zdjęć, a to też chwilę musi trwać. Po drugie problemy techniczne. W przeciągu tego pół roku już dwa razu oddawałam swojego laptopa do naprawy. Niestety problem był z matrycą i długo trwało zanim udało się informatykom postawić go na nogi. I nie chodzi o to, że to jakieś skomplikowane, tylko czekaliśmy na specjalne części, tańsze niż oryginalne. No a trzeci powód… Najnormalniej w świecie tracę swój cenny czas grają w The Sims4. Przepadłam totalnie! Od stycznia nic tylko siedzę i klikam. Rozchulałam się do tego stopnia, że zdobyłam sobie wszystkie rozszerzenia gry i zaczęłam bawić się modami. Ze statystyk wynika, że wygrałam już ponad 260 godzin. Tyle czasu spędziłam przyklejona do monitora. I nawet telefonu potrafię nie usłyszeć jak się mocno zagram. Ale nie ma się co o mnie martwić. Ostatnio zaczynam powoli odpuszczać i znowu na pierwszy plan wychodzą książki, choć nie jest to dla nich takie znowu proste. Szukając tematu do pisania Duża Mi podrzuciła pomysł bym pisała o grze skoro nie mogę się od niej oderwać. Cóż… Trochę by to chyba było nudne. Poza tym jak bym zaczęła pisać to by mi z tego jakieś opowiadanie wyszło, którego bym już później nie kontrolowała w żaden sposób. A nie wiem czy mam odwagę dowiedzieć się, jak ta historia (którą obecnie przeżywam w grze) się skończy. Chociaż kto wie, może spróbuję i napiszę o moich postaciach kilka słów?

Na razie jednak chcę skupić się na pracy i wakacjach. Planuję tegoroczne spędzić z KoChaSiem. Dostanę w sądzie kilka dni urlopu i mam nadzieję owocnie wykorzystać ten czas. Zobaczymy jak zacznie się lipiec i kto wie, może będę miała ciekawe newsy.

Manieg i GeorgeManieg i George na jednym z wiosennych wypasów

Reklamy

1 myśl w temacie “…Ciąg dalszy nastąpił…”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s