Bez kategorii

…Podróżujemy do Częstochowy…

Otóż to właśnie! We wtorek mama zapytała mnie czy miałabym ochotę jechać z nią, ojcem i babcią do Częstochowy. Moja pierwsza odpowiedź brzmiała przecząco. W Częstochowie byłam już bowiem przy okazji jakiejś szkolnej wycieczki zorganizowanej specjalnie dla maturzystów, obejrzałam sobie wtedy wszystko dokładnie i nie widziałam powodu by wracać w to samo miejsce. Poza tym miałam plany spędzenia weekendu z KoChaSiem. I tu mama mnie zaskoczyła, bo dzień później powiedziała bym przekazała temu swojemu zaproszenie na wspólną wycieczkę. Zdziwiłam się. Nie sądziłam bowiem, że będzie chciała spędzać czas w jego towarzystwie mając przed sobą wiję wyjazdu specjalnie dla babci. Jako grzeczna córeczka mamusi przekazałam zaproszenie i… staliśmy się uczestnikami sobotniej wyprawy.

Plan mojej mamy obejmował piątkowy przyjazd KoChaSia do Pruszkowa, sobotnie poranne śniadanie, dwugodzinną podróż samochodem do Częstochowy, pokazanie babci wszystkiego w czasie spaceru, obiad w restauracji i powrót do domu. Niedziela natomiast miała być spokojną domową sielanką.

KoChaŚ zgodnie z planem zaraz po skończonej pracy przy remoncie łazienki zawinął się do domu, zabrał najpotrzebniejsze rzeczy i wsiadł w pociąg do Pruszkowa. Ja w tym czasie dostawałam głupawki z Robertem i Olą, udając że pracuję i wcale nie myślę, by jak najszybciej wyjść. Oczywiście dzień obfitował w niespodzianki. Zamówiłam sobie zadowolona z życia obiad do pracy po czym się okazało, że nie mam portfela. I panika… Bo dnia poprzedniego byłam na poczcie i tam ostatni raz go widziałam. Zaraz dzwoniłam do domu by Tank spojrzał w tym moim bałaganie i zobaczył, czy zguba jest w domu. Oczywiście była. W kartonie od Avon, który dnia poprzedniego otwierałam i dzieliłam ‘dary’ z niego. Odetchnęłam z ulgą. Drugim problemem był jednak sposób zapłaty za obiad. Z pomocą przyszła mi Ola, która pożyczyła mi potrzebną kwotę. Mniej więcej w tym samym czasie okazało się, że KoChaŚ znowu nie dostaje ode mnie smsów. Wkurzyłam się, bo sytuacja powtarza się już trzeci lub czwarty raz i nie wiele możemy na to zdziałać. Postanowiłam, że jak tylko przyjedzie to wpadniemy do salonu i zobaczymy co nam powiedzą. W salonie powiedzieli nam niewiele. Pani, która się nami zajmowała powiedziała, że może nas połączyć z biurem serwisowym telefonicznie, ale to KoChaŚ zrobił sam. Pan po drugiej stronie powiedział, że może uda się rozwiązać problem kiedy zresetuje mu wszystkie usługi w telefonie. W oczekiwaniu na ponowne uruchomienie wszystkich usług ruszyliśmy rowerami do domu. I temat telefonu jakoś zaginął w eterze wydarzeń. Na koniec dnia udało nam się obejrzeć jeszcze „W głowie się nie mieści”. Yey! Bardzo mi się podobało, nawet się wzruszyłam czym wywołałam rozbawienie KoChaSia. No cóż, on się tak nie wzrusza na filmach jak ja.

W sobotę rano wstałam ledwo żywa. George postanowił bowiem, że już od 6 rano będzie tłukł zębami o metalowe pręty klatki. I ja to jeszcze rozumiem jakby one były na wysokości jego pyszczka, ale on się specjalnie wspina na tylne łapy i pozostaje w stójce by to robić! Nie dane mi się wyspać… W Sulejówku równo o 4 nad ranem budzi mnie swoim krzykiem pawica, a w domu po 6 George swoimi zębami domagając się jeść dla siebie i braciszka… Kiedy w końcu doszłam do siebie jako tako pomaszerowałam zrobić śniadanie dla siebie i KoChaSia. Na wycieczkę ogarnęliśmy się zaskakująco szybko, mimo przekonania mamy o tym, że ojciec specjalnie wszystko opóźnia. I tu wiadomość dla tych co ciekawi, zaczął się już do mnie normalnie odzywać jakiś czas temu. Na początku nie wiele, więc nie byłam pewna co to znaczy. Teraz jednak już normalnie się komunikujemy co mnie niezmiernie cieszy. Od razu inaczej jest w domu kiedy nie ma tej ciszy.

Samochodem jechaliśmy niecałe dwie godziny. KoChaŚ był dziwnie milczący całą drogę. Miałam złe przeczucia, ale starałam się nie tracić nastroju, który budowałam z takim trudem (w końcu rano wyprowadził mnie z równowagi. Jak zawsze, po prostu lubi bym miała w życiu dużo emocji.). Rozmawialiśmy po drodze o wszystkim i o niczym. Jakoś staraliśmy się sobie umilić podróż. Na miejscu skupiliśmy się na parkingu i jako takim zorganizowaniu sobie wycieczki. W pierwszej kolejności wylądowaliśmy na lodach, bo pogoda mimo moich lęków okazała się prześliczna. Słońce świeciło, białe obłoczki pływały po błękitnym niebie, a temperatura była na tyle umiarkowana, że człowiek się nie rozpuszczał.

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (24)Przy okazji obeszliśmy wszystko od strony parkingu. Dopiero po zjedzeniu lodów ruszyliśmy do sanktuarium z babcią na czele. Na pewno była to dla niej nie lada wycieczka. Pierwszy raz w końcu była w tym miejscu i niosło to ze sobą dużo emocji. Sama wycieczka nie wiele różniła się od tej poprzedniej, którą odbyłam z klasą. Trochę trudno było mi się odnaleźć, bo z jednej strony mama zła jak osa i pokłócona od rana z ojcem, a z drugiej KoChaŚ z nachmurzoną miną stojący raczej z boku. Przez to czułam się bardzo malutka, niewielka, bezsilna. Jemu przeszło pierwszemu. Powoli, w miarę upływu czasu, który spędziliśmy na terenie Jasnej Góry zaczął się czuć swobodniej. I choć ostatecznie się rozluźnił, to widziałam to od dłuższego czasu. Zdaje mi się czasami, że widzę to znacznie wcześniej niż on sam to dostrzega. Nauczyłam się go już niemal na pamięć.

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (50)fot. Lord Valdemort

Niestety nie udaliśmy się na taras widokowy, ale to tylko dlatego, że babcia nie dałaby rady wejść po tej ogromnej ilości schodów z kulą. Zanim opuściliśmy teren Jasnej Góry udaliśmy się po zakup pamiątek. Babcia obiecała Pati i Nati, że im coś przywiezie z wycieczki. Swoją drogą miny młodych jak się dowiedziały, że my dwoje również jedziemy były bezcenne. Ja zaopatrzyłam się w breloczek do kluczy. Kolejna mania, której się nabawiłam. Postanowiłam zbierać breloczki z miejsc, w których byłam. Taka pamiątka, która choć nie wielka będzie niosła ze sobą masę wspomnień. Brakuje mi kilku, ale to sobie przy okazji uzupełnię. Będzie okazja by ponownie pojechać w te miejsca. Dla KoChaSia również zaopatrzyłam się w jeden breloczek, z wizerunkiem św. Krzysztofa, by strzegł go w czasie kiedy ten podróżuje, a mnie przy nim nie ma. Przynajmniej będę czuła, że ktoś jest przy nim, mimo, że pewnie nigdy nie jest sam. Nie ważne, mojej logiki nie trzeba rozumieć. Po pamiątkach szybka kawka i herbatka na odetchnięcie. W międzyczasie pozwoliłam KoChaSiowi na zapalenie jednego czy dwóch papierosów. I mimo, że nie popieram jego nałogu to widziałam wyraźnie jak minimalnie mu to pomaga się rozluźnić. Nie wiele to zmieniło moim zdaniem, ale niech mu będzie. I tak będąc ze mną nie pali prawie wcale. W czasie naszego postoju karmiłyśmy sobie z mamą gołębie. I… one są tresowane! Normalnie jadły nam prosto z ręki nie bojąc się podejść tak blisko. Byłam w szoku, mimo, że już zdarzyło mi się w ten sposób karmić gołębia w stolicy.

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (190)fot. Lord Valdemort

Żeby urozmaicić sobie jeszcze wycieczkę postanowiliśmy zejść w stronę samej Częstochowy obok parku. Park po prostu boski! Aż zazdroszczę mieszkańcom miasta, sama bym tam mogła siedzieć godzinami. Śmiałam się nawet, że trzeba zrobić jak najwięcej zdjęć, by potem pokazać naszemu prezydentowi. Na pewno w Pruszkowie by się jeszcze znalazło trochę miejsca by tak zagospodarować zieleń. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie polazła pod jedną z fontann, która tryskała wodą prosto na pomost. Wrażanie w taką pogodę było cudowne, bo im bliżej wody tym przyjemniejsza była mgiełka wody. I nawet zapach stawu mi nie przeszkadzał. Wlazłam do końca pomostu, zrobiłam ze dwa zdjęcia i nawiałam. Po drodze mało nie wleciałam do wody, bo pomost okazała się nie do końca trwały. Jednak mnie się udało!

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (222)fot. Lord Valdemort

Później zaszliśmy jeszcze na deptak Częstochowy. Tata pokazał nam świetny sklep ojców benedyktynów mieszczący się na alei Najświętszej Marii Panny, w którym zakupiliśmy pyszne ciasto. Za każdy razem kiedy jest on w Częstochowie wpada do nich i coś przywozi do domu, lub zjada ze znajomymi na miejscu. Przyznać muszę, że aleja wygląda cudownie. Stylizacją trochę przypominała mi stare miasto, ale o niebo lepiej się prezentowała. Pewnie przez ograniczenie ilości samochodów, których w stolicy wszędzie jest pełno. Przy okazji zaszliśmy kawałek w bok by zobaczyć jak miasto prezentuje się za tą wspaniałą otoczką. I cóż… Już tak różowo nie jest, choć powoli miasto zaczyna się zmieniać i na uboczu.

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (261)fot. Lord Valdemort

Dalszy plan zakładał, że tata wróci sam po samochód i po nas przyjedzie a my sobie trochę posiedzimy. Oczywiście KoChaŚ w jednym miejscu usiedzieć nie może, a jeszcze podpuszczony przez mojego rodziciela chciał bardzo udać się na wycieczkę. Zrobiłam więc jeszcze zdjęcie fontanny koło której się zatrzymaliśmy, wstawiłam post na fb, zostawiłam torbę od aparatu mamie i pozwoliłam się prowadzić temu mojemu szczęściu.

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (276)Chyba sprawiłam mu przyjemność, bo chętnie ruszył do przodu. Obejrzeliśmy sobie jeszcze kawałek miasta, zrobiłam zdjęcia świetnego malowidła na ścianie jednego z przejść do miasta i musieliśmy wracać. Trafiliśmy idealnie, bo akurat dziewczyny ładowały się do samochodu.

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (280)Następnym przystankiem była restauracja „Odlot”, w samolocie! Niezła gratka dla dzieciaków, takich jak my dwoje. Jeszcze jak byłam dzieckiem to zawsze wracając z Działdowa od babci wstępowaliśmy do podobnej restauracji, jednak ją zamknęli i samolot na trasie zniknął. A tu proszę, kolejny taki pomysł. Po latach znowu mogłam zjeść posiłek w samolocie. KoChaŚ również cieszył się z tego miejsca. Od razu chwycił za śmigło by sprawdzić czy będzie się obracać. Ku jego zdumieniu, obracało się. Zanim weszłam na górę zrobiłam jeszcze kilka zdjęć, aby mieć pamiątkę i trochę się wyżyć artystycznie. Od początku tej wycieczki wiedziałam, że tatuś się swoim aparatem w terenie za dużo nie nacieszy. Ze mną tak już jest. Mam aparat i bach! z jednego dnia mam ponad 300 zdjęć…

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (343)Posiłek zjedliśmy w miłej, rodzinnej atmosferze. Oczywiście znowu ten mój stał się milczący, ale to milczenie było zupełnie inne niż poprzednio. Nie wydawało się jakieś skrępowane. Zupełnie jakby był zbyt zajęty chłonięciem tego wszystkiego wokół i układaniu minionego dnia w głowie by zawracać sobie jeszcze uwagę rozmową.

Został nam już tylko powrót do domu. I im bliżej było tym mocniej czułam się zmęczona, chociaż wycieczka nie była jakaś mocno wyczynowa. Byłam jednak przeładowana całym dniem i masą ludzi, którą widziałam tego dnia. W domku trochę odżyłam. Obejrzałam jeszcze z KoChaSie świetną komedię wybraną na chybił trafił z YouTube. Jakby ktoś szukał lekkiej komedii romantycznej to polecam „Oświadczyny po Irlandzku”. I nawet oklepany scenariusz filmu nie odebrał mu uroku i humoru, który był nietuzinkowy. Poza tym obsada aktorska bardzo mi się podobała. Dzień był tak bogaty, że szybciutko zasnęłam.

Niedziela tak jak zakładałam minęła nam spokojnie. Na początek śniadanie i tu niespodzianka, bo po dniu poprzednim mój chłopak obudził się w wyśmienitym nastroju. A kiedy on jest szczęśliwy ja również promienieję radością i szczęściem. Scenariusz tego poranka trochę mnie zdziwił i chyba nie tylko mnie. Najpierw śniadanie, kawa, papieros, leki dla Tory (tak, gamoń znowu jest chory…), otwarcie furtki. Później przepychanki na kanapie, on sobie puścił grę w necie, ja zaczęłam pykać na telefonie. I tak jakoś wyszło, że mnie później do siebie przytulił. Zrobiło mi się tak cudownie ciepło i miło, że… odleciałam. On zresztą też. Rozumiecie jak to wyglądało… Wstaliśmy, zjedliśmy i znowu poszliśmy spać. Obudziliśmy się równo z Tankiem. Tyle, że my najedzeni, a on głodny. Buhaha. Dla rozruszania wyciągnęłam KoChaSia na świeże powietrze, gdzie ciotka Wanda już wypytywała babcię i rodziców o wycieczkę do Częstochowy. W związku z tym, że on nie lubi się nudzić, a ponoć Pati szukała kogoś do zabawy to wrobiłam go w szachy i warcaby z dzieckiem. Ja w tym czasie gdy oni sobie spokojnie grali zajęłam się rozmową z Orange. Od piątkowego popołudnia minęło trochę czasu, a moje wiadomości nadal nie dotarły do telefonu chłopaka, więc postanowiłam sama to załatwić. Byłam gotowa krzyczeć i kląć, naprawdę! Obyło się jednak bez tak brutalnych zagrywek. Miły pan po drugiej stronie okazał się cierpliwy i bardzo sympatyczny. Porozmawiał ze mną, zaproponował rozwiązanie problemu a że nie dało ono żadnego rezultatu powiedział, że lepiej będzie jak się rozłączę, on wszystko sprawdzi ze swojego poziomu i do mnie oddzwoni bym nie musiała ponosić kosztów. I faktycznie nie minęło 10 minut jak zadzwonił z wieściami. Zaproponował dwa rozwiązania i cicho zasugerował trzecie. Obiecałam, że jak je sprawdzę to się odezwę. Sprawdziłam i dopiero przywrócenie ustawień fabrycznych pomogło. Pewnie na jakiś czas, ale dobre i to. Zadzwoniłam, zdałam relację z tego co zrobiłam, podziękowałam za pomoc i wróciłam do dzieci.

Jak wyszłam na podwórko to okazało się, że ten mój nie ma co palić. Straszne nieszczęście no naprawdę. Nie miałam ochoty specjalnie po tą trutkę lecieć do sklepu, ale czego się nie robi z miłości… Jednak zanim wyszliśmy dogadałam się z mamą co do obiadu, więc zrobiliśmy większe zakupy. Po powrocie tatuś wyciągnął wiatrówkę i zaczął strzelać do tarczy ze styropianu ustawionej na końcu ogrodu. Wymyśliłam więc, że KoChaŚ postrzela sobie z ojcem, a ja pomogę mamie przy obiedzie. W tym czasie na dwór wyszedł również Tank by napompować kupiony przeze nie jakiś czas temu dmuchany fotel. I zabawa się rozkręciła, bo po chwili już Nati i Pati były na ogrodzie. Mieli świetną rozrywkę aż do samego obiadu, jak i po. Przecież musieli skończyć zawody, które rozpoczęli! To był naprawdę miły weekend. I nawet nasze rozstanie na stacji, kiedy patrzyłam jak znika mi z pola widzenia nie był tak bolesny. Wierzę, że teraz będzie tylko lepiej. W końcu takich weekendów mamy coraz więcej. Wykorzystujemy je w pełni ciesząc się ze swojej obecności.

W związku z tym zabieram go w tym roku (po raz pierwszy odkąd jesteśmy parą) na wspólne wakacje. Tylko we dwoje, z dala od domu i problemów dnia codziennego. Początkowo miał być to Wrocław, ale… Jednak wybrałam Szczecin. Odwiedzimy przy okazji wujka Mariana, który tam mieszka a zapraszał do siebie. Zabierzemy ze sobą rowery, spędzimy razem czas, zwiedzimy inne miasto. Już nie mogę się doczekać! Wstępnie zarezerwowałam hotel, ale zadzwonię jeszcze do wujka zapytać go o radę. W końcu on tam mieszka i zna miasto lepiej od nas. Czuję, że to będą udane wakacje!

Częstochowa-Jasna Góra 11 lipca 2015 (211)fot. Lord Valdemort

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s